Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Strach przed piętnem uzurpacji
2012-05-12
Grzegorz Gromadzki

Artykuł ukazał się w numerze 3-4/2012 Nowej Europy Wschodniej


Wydawałoby się, że nie powinno stanowić to dla nich żadnego problemu, bo Rosjanie akceptują przecież tych, którzy nimi rządzą, bez względu na ich postępowanie. Przykład  tego  obserwowaliśmy  niedawno podczas  marcowych  wyborów prezydenckich wygranych przez Władimira Putina rządzącego Rosją od dwunastu lat. Są bierni i nie wierzą w możliwość zmiany na szczytach władzy, a mniejszość, która sprzeciwia się autorytaryzmowi, łatwo spacyfikować. To szeroko rozpowszechniony stereotyp, również w Polsce. Ale jak to ze stereotypami bywa, choć jest w nich trochę prawdy, to są fałszywe. W ubiegłym stuleciu Rosjanie, a przynajmniej ich część, która stanowiła „masę krytyczną”, dwukrotnie udowodnili, że nie godzą się na rządy ludzi uznanych przez nich za uzurpatorów. Dzieje Rosji pokazują, że śmiertelnym niebezpieczeństwem dla autorytarnej władzy jest właśnie utrata legitymacji, do której w przypadku caratu doszło w 1917 roku, a w przypadku rządów komunistów – podczas pierestrojki w latach 1985-1991. To, co działo się w ostatnich miesiącach na ulicach Moskwy i Petersburga, gdy dziesiątki tysięcy ludzi mówiło rządzącym, że są uzurpatorami, musi być poważnym ostrzeżeniem dla Władimira Putina i jego otoczenia. W porównaniu z carską Rosją i ZSRR, obecni władcy Kremla są w znacznie trudniejszej sytuacji.

 

Legitymizacja z „góry”

W czasach carów ich władza pochodziła od Boga. Już dziadek Iwana IV Groźnego – Iwan III, który jako pierwszy umieścił w herbie państwa moskiewskiego dwugłowego orła cesarstwa bizantyjskiego, mówił o sobie w 1488 roku: „Jesteśmy z łaski Boga panami na naszej ziemi od samego początku, od naszych pierwszych przodków, i mamy do niej prawo od samego Boga”.

To przekonanie podzielali wszyscy kolejni władcy Rosji aż do Mikołaja II, ostatniego z carów. Skoro sam Bóg wybierał cara, to poddanym nie pozostawało nic innego, jak się temu podporządkować. Car namaszczony przez Boga nie mógł być zły. Źli mogli być tylko jego pomocnicy.

W czasach radzieckich Boga zastąpiła ideologia, która głosiła nieuchronność praw historii, rozwój ludzkości od feudalizmu, przez kapitalizm, do socjalizmu i komunizmu. Wielu ludzi, nie tylko w ZSRR, ale również w krajach Zachodu, przekonanych było o tej prawidłowości. Z niej wynikało naturalne przywództwo partii komunistycznej. Kto się temu sprzeciwiał, ten postępował wbrew prawom historii, wbrew zdrowemu rozsądkowi.

W jednej i drugiej epoce rządzący dla umocnienia władzy stosowali przymus przechodzący w niektórych okresach w terror. Do zmiany, wydawałoby się wiecznej, władzy mogło dojść w Rosji jedynie poprzez zakwestionowanie jej legitymizacji. Upadek ZSRR był możliwy, ponieważ zbankrutowała ideologia komunistyczna. Wielu Rosjan przestało wierzyć w świetlaną przyszłość ZSRR pod rządami komunistów. Okazało się, że prawa historii są tylko ułudą. Upadek caratu natomiast w dużej mierze był możliwy dlatego, że zanegowano jego namaszczenie przez Boga. Car stał się zwykłym człowiekiem, po prostu złym władcą.

W porównaniu z minionymi czasami we współczesnej Rosji nie ma żadnego religijnego czy ideologicznego uzasadnienia konieczności pozostawania rządzących u władzy. Ich prawowitość mogą potwierdzić tylko wybory. Choć, rzecz jasna, wybory w Rosji nie mają nic wspólnego z wyborami w krajach liberalnej demokracji. To właściwie zawsze jest plebiscyt, który władze chcą za wszelką cenę w pełni kontrolować. Każdą elekcję prezydenta Rosji od początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku można określić mianem „operacja wybory”, rządzący bowiem podejmują nadzwyczajne wysiłki, z nieskrywanymi naciskami i fałszerstwami włącznie, aby udowodnić, że cieszą się poparciem większości społeczeństwa i są jedyną siłą, która może kierować Rosją. Tak było zwłaszcza w 1996 roku, kiedy skrajnie niepopularny Borys Jelcyn starał się o reelekcję, oraz w 2000 roku – wtenczas rządzący chcieli umieścić na stanowisku prezydenta mało znanego Władimira Putina. Taki charakter miały także marcowe wybory prezydenckie, w których stosunkowo łatwo w pierwszej turze wygrał (już trzeci raz) Putin. Władcy Kremla muszą przekonać Rosjan, że rządzą, „bo naród nas chce, wybrał nas”. To zupełnie nowa sytuacja w dziejach Rosji. Rewolucyjna zmiana relacji między władzą i społeczeństwem w porównaniu z czasami carskiej Rosji i ZSRR.

Wydaje się, że zdawali sobie z tego sprawę Borys Jelcyn i jego otoczenie. Dlatego też starali się zachować choć minimum pozorów, aby Rosjanie mogli mieć poczucie, że podczas wyborów mogą wybierać nie tylko przedstawicieli władzy. Za czasów Jelcyna w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku istniała rzeczywista opozycja, która miała swoje miejsce w oficjalnym życiu politycznym. Jej przedstawiciele zasiadali w rosyjskim parlamencie. Należeli do niej, oprócz partii demokratycznych takich jak Jabłoko Grigorija Jawlińskiego, także komuniści. Wybory prezydenckie w 1996 roku były realną walką polityczną. Giennadij Ziuganow, kandydat komunistów, przeszedł do drugiej tury, w której zdobył 40 procent głosów. Jelcyn i jego współpracownicy umiejętnie jednak wykorzystali strach dużej części Rosjan przed możliwością restauracji starego systemu i otrzymali poparcie większości.

Jednak system polityczny za rządów Jelcyna dawał tylko możliwość ograniczonego wyboru, w rzeczywistości bowiem niemożliwa była zmiana rządzących, gdyż w porównaniu z opozycją ich siła i wpływ na społeczeństwo były ogromne. To jedna z najważniejszych cech rosyjskiego systemu politycznego po upadku ZSRR. Jednak w latach dziewięćdziesiątych XX wieku rządzący starali się przekonać społeczeństwo, że w Rosji trwa normalna rywalizacja polityczna tak jak w krajach liberalnej demokracji.

 

Największy błąd Putina

Takiej gry nie zamierzał prowadzić Putin, zostawszy prezydentem w 2000 roku. Jego celem było zniszczenie prawdziwej, choć w rzeczywistości niegroźnej opozycji i zbudowanie pozycji koncesjonowanej, która byłaby w pełni kontrolowana przez Kreml. W ciągu kilku lat Putin dopiął swego, wyrzucając demokratyczną opozycję poza nawias oficjalnego życia politycznego i podporządkowując sobie komunistów. Takie postępowanie obnażyło mentalność Putina i jego współpracowników, z których znaczna część, podobnie jak on, wywodzi się ze służb specjalnych. Według nich, kontrola musi być pełna. Jakakolwiek swoboda byłaby niepotrzebną oznaką słabości. Nie potrafi li zrozumieć, że swoim postępowaniem niszczą pewną iluzję demokracji, jaka istniała w czasach Jelcyna, dając rządzącym legitymizację w oczach społeczeństwa.

Wielu Rosjan, a także ludzi na Zachodzie, miało nadzieję (a może chciało żyć w iluzji?), że prezydentura Dmitrija Miedwiediewa przyniesie Rosji modernizację i choćby częściową liberalizację systemu politycznego. Tym większe było więc rozczarowanie, kiedy okazało się, że jego prezydentura nie jest niczym innym jak częścią teatralnego spektaklu, gdzie główną rolę gra Putin. Dla najbardziej zaślepionych okazało się to prawdą, kiedy Miedwiediew poparł we wrześniu 2011 roku kandydaturę Putina w nadchodzących wyborach prezydenckich. Stało się jasne, że młodszy prezydent był po prostu drugim Symeonem Bekbułatowiczem, którego Iwan Groźny zrobił na rok carem i przez ten czas oddawał mu pokłony. Po roku kaprys prawdziwego cara się skończył i Symeon został usunięty, szczęśliwie dla niego tylko z carskiego tronu. Iwan Groźny okazał się na tyle łaskawy, że uczynił go wielkim księciem twerskim. Czy nie przypomina to zapowiedzi, że po wyborach prezydenckich Miedwiediew zostanie premierem przy Putinie?

Usunięcie rzeczywistej opozycji z parlamentu, niedopuszczanie jej kandydatów do startu w wyborach prezydenckich, bezczelna zapowiedź „przekazania władzy” okazały się kardynalnym błędem Putina, o czym świadczą ostatnie protesty społeczne.

System polityczny, jaki zbudował Putin, okazał się nie do przyjęcia dla sporej części rosyjskiego społeczeństwa, zwłaszcza ludzi aktywnych, którzy chcieliby współdecydować o losach swojego kraju. Na ten sprzeciw trzeba było jednak długo czekać. Przez dziesięć ostatnich lat obowiązywała bowiem niepisana umowa między władzą a społeczeństwem, zwłaszcza jego aktywną częścią. Rządzący postawili sprawę jasno: możecie się bogacić, ale nie wtrącajcie się do polityki. Putinowi pomogła światowa koniunktura na surowce, zwłaszcza wysokie ceny ropy naftowej i gazu, które pojawiły się niedługo po jego dojściu do władzy w 2000 roku. Miał z czego finansować tę umowę społeczną, bez konieczności wprowadzania bolesnych reform, modernizowania rosyjskiej gospodarki i, co najważniejsze, mógł sobie pozwolić na niszczenie jakichkolwiek przejawów demokracji.

Ten sposób rządzenia okazał się jednak niewydolny. Kroplą, która przelała czarę goryczy, była zapowiedź powrotu Putina na stanowisko prezydenta. Potem przyszły grudniowe wybory do Dumy, które zostały przez rządzących sfałszowane w bezceremonialny sposób. Ten polityczny teatr był policzkiem dla aktywnych, w miarę zamożnych Rosjan, którzy należą do powstającej klasy średniej. Właśnie oni zdali sobie sprawę, że są oszukiwani przez władze, niedbające nawet o zachowanie pozorów. Wielu z tych, którzy wyszli na ulice rosyjskich miast oraz wyrażają sprzeciw w internecie, obawia się, że kraj pod rządami Putina czeka „epoka zastoju” w jakimś stopniu przypominająca czasy Leonida Breżniewa. Ich sprzeciw nie jest socjalnym protestem, którego naczelnym hasłem byłyby żądania poprawy sytuacji materialnej. Chcą zmiany systemu politycznego, demokratyzacji, kwestionując legitymizację rządzących.

 

Za mało i za dużo wolności

Ferment w społeczeństwie rosyjskim, jaki obecnie obserwujemy, jest możliwy bowiem mimo braku demokracji czy nagminnego łamania praw człowieka. Ostatnie dwadzieścia lat, także rządy Putina, to okres bezprecedensowej wolności w dziejach Rosji. Jej obywatele mogą swobodnie podróżować po świecie, co było wcześniej, zwłaszcza w okresie ZSRR, przywilejem ściśle reglamentowanym. Nie ma przymusu, a tym bardziej terroru porównywalnego z czasami radzieckimi i carskiej Rosji. Przyznają to nawet osoby, które trudno posądzić o sprzyjanie Putinowi, tacy jak znany publicysta „The Economist” Edward Lucas, piszący, że „nigdy w historii tak wielu Rosjanom nie żyło się tak dobrze i tak swobodnie”. Często zapominamy o tej prawdzie, przede wszystkim dlatego, że jako punkt odniesienia przyjmujemy kraje demokratycznego Zachodu, a nie kilkusetletnie dzieje Rosji.

Ta względna wolność okazuje się bardzo niebezpieczna dla Putina, społeczeństwo bowiem chce jej coraz więcej i – co najgorsze dla władców Kremla – przestaje się bać. Przełamanie strachu widoczne jest zwłaszcza w internecie. Rządzący są w sieci nie tylko krytykowani, ale także ośmieszani, a przecież autorytarna władza chce za wszelką cenę uchodzić w oczach społeczeństwa za „poważną”.

Rosyjskie władze, podobnie jak wiele innych reżimów autorytarnych, nie radzą sobie z nowymi technologiami. Dawniej, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, wystarczała kontrola nad telewizją, aby kształtować nastroje społeczne. Dzisiaj nastawienie społeczeństwa do władzy w coraz większym stopniu kształtuje internet, nad którym nie można zapanować tak jak nad kilkoma stacjami telewizyjnymi.

Putin i jego otoczenie nie potrafi ą zmienić dotychczasowego sposobu myślenia i działania. Dlatego brną dalej. Do marcowych wyborów prezydenckich dopuszczono tylko koncesjonowanych kandydatów, a odrzucono Jawlińskiego, który nie miałby szans na zwycięstwo, ale byłby autentycznym głosem sprzeciwu wobec Putina. Takie postępowanie rządzących jeszcze bardziej alienuje ich od aktywnej części rosyjskiego społeczeństwa.

Mimo dobrego wyniku wyborczego, dokładnie zaplanowanego i zrealizowanego przez władze, Putin w niczym nie przypomina głowy państwa z pierwszych dwóch kadencji. Nie jest już młodym przywódcą, który ratuje kraj z chaosu wywołanego przez starca Jelcyna i jego otoczenie, lecz sam stał się anachronicznym władcą, który w najlepszym razie może zapewnić Rosji „stabilizację” równoznaczną ze stagnacją. Rosyjska elita władzy próbuje dzisiaj przekonać społeczeństwo, że bez niej zapanuje anarchia i że tylko ona potrafi  utrzymać porządek. Taki był wydźwięk wypowiedzi Putina o tym, że opozycja ma wiele celów i nie potrafi  poprowadzić kraju w dobrym kierunku. To bardzo defensywna strategia. Rządzący stają się mimowolnymi zwolennikami teorii Thomasa Hobbesa, angielskiego myśliciela z XVII wieku, który uważał, że silna władza jest niezbędna, aby uniknąć wojny wszystkich ze wszystkimi.

Wydaje się, że władza ma ograniczone możliwości nacisku na społeczeństwo, zwłaszcza jego aktywną część. Trudno wyobrazić sobie jakieś masowe represje. Powrót do czasów radzieckich czy carskiej Rosji zdaje się po prostu niemożliwy. Nie ma też takiego wroga, jakim byli Czeczeńcy w 1999 roku, co mogłoby pomóc w mobilizacji społeczeństwa wokół rządzących. Można próbować zastraszyć społeczeństwo, używając „resursu administracyjnego”, ale oświadczenia ostatnich miesięcy pokazują, że nie przynosi to oczekiwanego przez władze rezultatu.

Spoiwem opozycji, w której uczestniczą ugrupowania od skrajnej prawicy do skrajnej lewicy, nie jest wspólny pomysł na nową Rosję po Putinie, a jedynie sprzeciw wobec niego. To rzecz naturalna, ale przecież niewystarczająca do efektywnego sprawowania władzy. Starzy liderzy opozycji to zgrane karty, a wychodźcy z systemu władzy, jak choćby były premier Michaił Kasjanow, nie przekonają większości, bo nie mają charyzmy. Pojawiają się nowi liderzy, którzy weszli do polityki ze świata internetu. Najważniejszym z nich jest Aleksiej Nawalny, który z godną podziwu konsekwencją od ponad dziesięciu lat buduje pozycję polityczną. Zaczynał jako działacz demokratycznej partii Jabłoko, ale później bliżej mu było do nacjonalistów. Trudno ocenić, jakiej Rosji po Putinie by chciał. Część demonstrantów obawia się, że Nawalny jako przywódca niewiele miałby wspólnego z demokracją.

Wydaje się, że wielu przeciwnikom Putina brakuje wiary w możliwość zmiany władzy w Rosji. Celem demonstrantów z Moskwy, Petersburga i innych rosyjskich miast nie jest natychmiastowe przejęcie rządów, lecz udowodnienie, że Putin to uzurpator. Dlatego część przywódców demonstrantów powołała Ligę Wyborców, która monitorowała ostatnie wybory. Wśród założycieli Ligi są takie znane osoby jak pisarz Borys Akunin i doktor Liza, czyli Jelizawieta Glinka, która przyczyniła się do powstania w Rosji pierwszych hospicjów. To bardziej ruch społeczny, domagający się prawa dla Rosjan do decydowania o swoim losie za pomocą karty do głosowania, niż zalążek przyszłej partii politycznej. Zapewne w następnych miesiącach Liga Wyborców i inne organizacje monitorujące wybory będą przedstawiać kolejne przykłady nieprawidłowości podczas marcowego głosowania. Być może będą także mobilizować społeczeństwo do opowiedzenia się przeciwko ludziom władzy podczas wyborów lokalnych. Ale na kolejny wielki pojedynek z rządzącymi prawdopodobnie będą musieli poczekać kilka lat do następnych wyborów parlamentarnych, a zwłaszcza wyborów prezydenckich w 2018 roku – siłą scalającą różne grupy protestujących są bowiem manipulacje wyborcze rządzących. To dobra wiadomość dla Putina i jego towarzyszy, bo zyskali dzięki temu trochę czasu.

W dzisiejszej Rosji władza jest silna przede wszystkim słabością opozycji. To jednak iluzoryczna siła. Podczas trzeciej kadencji Putin prawdopodobnie będzie musiał stawić czoła nie tylko niezadowoleniu części społeczeństwa, ale także wewnętrznej opozycji w obozie władzy. Będzie żył w ciągłej obawie, że co najmniej przez część Rosjan jest uznawany za uzurpatora – w Moskwie przy niskiej frekwencji, poniżej 50 procent głosowała na niego mniej niż połowa wyborców. Protesty społeczne mogą trwać długo i przybierać różnoraką formę, organizowane są bowiem poprzez sieć, która tworzy nowe więzi społeczne, umożliwia mobilizację. Ludzie protestujący przeciwko władzy z bezkształtnej masy stają się powoli rosyjskim społeczeństwem obywatelskim świadomym swoich praw.

Jeśli szukać analogii z historii Rosji dla obecnych wydarzeń, to na myśl przychodzi, przy wielu zastrzeżeniach, rewolucja 1905 roku, która mocno osłabiła carat, ale go nie złamała. Trzeba pamiętać, że po niej przyszedł przecież rok 1917. Wiele wskazuje na to, że przełom 2011 i 2012 roku, mimo efektownego zwycięstwa Putina w marcowych wyborach, jest jednak preludium do wielkich zmian w Rosji.

 

Grzegorz Gromadzki jest niezależnym ekspertem zajmującym się problematyką wschodnią. Pracował w Fundacji Batorego, Ośrodku Studiów Wschodnich i „Gazecie Wyborczej”


Polecamy inne artykuły autora: Grzegorz Gromadzki
Powrót
Najnowsze

Wybory prezydenckie na Białorusi: dzień przed wybuchem?

07.08.2020
Maxim Rust
Czytaj dalej

Przed wyrokiem. Sprawa Dmitrijewa

21.07.2020
Czytaj dalej

Niewidzialni Inni

20.07.2020
Anton Saifullayeu Tadeusz Giczan
Czytaj dalej

Wiatr zmiany

06.07.2020
Olga Dryndova

 Słabnący paternalizm państwowy na Białorusi łączy się z niskim poczuciem zaufania do władz. Według badań z lat 2017–2018 jedynie około 40 procent Białorusinów ufało władzom państwowym, w tym 34 procent ministrom, a 33 procent władzom lokalnym.

 
Czytaj dalej

„Nas tu nie ma” czyli niesłyszalny głos białoruskiego środowiska LGBT

29.06.2020
Maxim Rust Nick Antipov Nasta Mancewicz Milana Levitskaya
Czytaj dalej

Kampania prezydencka na Białorusi: (nie)oczywiste wybory

26.06.2020
Maxim Rust Yahor Azarkevich
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2020 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu