Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Społeczeństwo obywatelskie na Białorusi już jest
2020-06-21

Maciej Piotrowski: Opublikowany na Twoim wideoblogu na YouTubie film Łukaszenka. Materiały karne, o skandalach wokół prezydenta, stał się sensacją roku na Białorusi. Obejrzały go już ponad dwa miliony osób. Jak udało Ci się dotrzeć do tak dużej widowni?

Sciapan „Nexta” Puciła: Zaczęło się długo, długo przed filmem. Najpierw była muzyczna grupa NEXTA, co po białorusku można przeczytać też jako „niechta”, czyli „ktoś”. Składała się z uczniów Liceum Humanistycznego im. Jakuba Kołasa w Mińsku. Najpierw nagraliśmy piosenkę Wybora niet, cover piosenki Wychoda niet rosyjskiej grupy Splin. Umieściliśmy ją na YouTubie, tydzień przed wyborami prezydenckimi w 2015 roku. Potem rozjechaliśmy się na studia, każdy do innego miasta, w Polsce i na Białorusi.

Kiedy zespół się rozpadł, zaczęliśmy się zastanawiać nad nowym sposobem wykorzystania kanału naszego zespołu na YouTubie. W akademiku wymyśliliśmy „Nu i Nowosti” – wiadomości z Białorusi. Ich pierwszy odcinek od razu uzyskał sześćdziesiąt tysięcy wyświetleń. To było dla nas zaskoczeniem.

 

M.P.: Skąd się wzięła popularność tego wideobloga?

S.P.: Na Białorusi nadal nie ma niezależnej telewizji, a ludzie byli zainteresowani tym, czego nie pokazują państwowe media. Widać to było po zwiększającej się liczbie wyświetleń i subskrypcji. Pokazywałem, jak naprawdę wygląda mój kraj. Później założyłem kanał w Telegramie – komunikatorze internetowym popularnym w Europie Wschodniej, zapewniającym anonimowość dzięki szyfrowaniu wiadomości. Nie planowałem go, ale zaczęto blokować nasze filmy na YouTubie, rzekomo ze względu na naruszenie praw autorskich, gdyż wykorzystywałem fragmenty z białoruskiej telewizji. Zacząłem więc zapraszać moich subskrybentów na Telegram.

 

M.P.: I teraz jest to najpopularniejszy białoruski kanał w tej sieci. Wrzucasz tam insiderskie informacje o działalności białoruskiej władzy. Skąd je pozyskujesz?

S.P.: Aż 95 procent wrzucanej tam zawartości dostarczają mi obcy ludzie: urzędnicy, studenci. To takie dziennikarstwo społeczne. Gdy obywatele widzą, że dzieje się coś ważnego, kontrowersyjnego, informują mnie. Władze o tym wiedzą i oczywiście próbują ograniczać społeczeństwu dostęp do tej informacji. Gdy pojawił się Telegram, w tym mój kanał, zawężono dystrybucję informacji wewnętrznych wśród urzędników. Do urzędników niższego szczebla przestały docierać komunikaty między innymi o wypadkach w resortach siłowych. A tego typu spraw jest bardzo dużo, na przykład w wojsku niemal codziennie dochodzi do kilku poważnych incydentów, czasem śmiertelnych.

 

Joanna Getka: Dlaczego Ci pomagają? W przypadku Białorusi raczej trudno mówić o społeczeństwie obywatelskim.

S.P.: Zręby społeczeństwa obywatelskiego na Białorusi istnieją, tylko są niewidoczne. Gdy ludzie dostrzegają niesprawiedliwość, chcą ją naprawić, a do mnie mają zaufanie. Wiedzą, że informacja trafi w odpowiednie ręce. Wiedzą też, że jeśli pewne sprawy nie zostaną nagłośnione, a potem ukarane, sytuacja nie poprawi się nigdy. Ostatnio dostałem wiadomość z Homla: pijany szef jednego z zarządów tamtejszej delegatury KGB (odpowiedzialny za śledzenie działań opozycji, co dodaje sprawie pikanterii) pobił z błahego powodu dyrektora restauracji. Niezależne media o tym nie pisały, bo nie chciały przekroczyć tej cienkiej czerwonej linii, za której naruszenie grożą konsekwencje. Kilka osób niezależnie wysłało mi tę informację, uznałem ją więc za wiarygodną i upubliczniłem.

 

J.G.: Czy myślisz, że takie osoby rzeczywiście będą ukarane?

S.P.: Jeśli informacja zostanie odpowiednio nagłośniona, to tak. Może też się zdarzyć, że będzie to pozorna kara.

 

J.G.: A czy zdarzało się, że osoby, które przekazywały informacje, spotkały się z represjami?

S.P.: Tak, szczególnie na początku, gdy nie wiedziałem, jak z pracować z materiałem otrzymanym od moich informatorów: jakie zdjęcia czy ich elementy można umieszczać w moich materiałach, jakie oznaczenia, sygnatury, trzeba usunąć z dokumentów, żeby nie dało się zidentyfikować ich źródła. Kilku osobom z Ministerstwa Obrony próbowano wytoczyć sprawy karne. Teraz działamy znacznie ostrożniej i na pewno bardziej profesjonalnie. Umożliwia nam to przede wszystkim Telegram, ponieważ zapewnia anonimowość – zezwala na otwieranie plików tylko na telefonach osób, które biorą udział w konwersacji, a także na usuwanie wiadomości bez śladu. Podobno w Ministerstwie Spraw Nadzwyczajnych ostrzegano ostatnio, że jeśli ktoś wyśle cokolwiek do Nexty, od razu wyleci.

 

J.G.: Zgłaszają się do Ciebie ludzie, którzy dążą do zmian w najbliższym otoczeniu – w swoim kołchozie, urzędzie. Czy oni wyobrażają sobie inny system?

S.P.: Ci ludzie dobrze rozumieją, że te „drobiazgi” to część wielkiego systemu, ale raczej nie wiedzą, jak można by go zmienić.

 

M.P.: W grudniu stworzyłeś wspomniany już film o wszystkich skandalach Łukaszenki – od lat 90. do dziś. W odróżnieniu od materiałów z Telegramu to był cios już we władzę centralną. Dlaczego się na to zdecydowałeś?

S.P.: Problemy lokalne i złe zarządzanie na szczeblu państwowym są wzajemnie powiązane. Chciałem skumulować materiały, przypomnieć różne wypowiedzi i zachowania prezydenta. Udało mi się to zrobić w jednym pięćdziesięciominutowym filmie.

 

M.P.: Co zdecydowało o sukcesie filmu – forma, język, nowe informacje?

S.P.: Wszystko po trochu. Sensacyjnie podane informacje, szybki nowoczesny montaż, muzyka – dzięki tym zabiegom formalnym przekaz dobrze trafił do widza. Film spotkał się z ogromnym zainteresowaniem młodzieży, dla niej przedstawione fakty były kompletnie nieznane. Starsi mieli okazję co nieco usłyszeć wcześniej lub wręcz byli naocznymi świadkami niektórych wydarzeń. Filmy Jurija Chaszczawackiego Obyknowiennyj priezidient (Zwyczajny prezydent) czy Obyknowiennyje wybory (Zwyczajne wybory) poruszają podobne jak mój tematy, ale powstały kilkanaście lat temu. Młodzi ich nie znają, nie pamiętają też spraw i polityków z lat 90.

 

M.P.: A co na to Łukaszenka? Czy zareagował?

S.P.: Nie wspomniał mnie bezpośrednio, ale niejednokrotnie po publikacji filmu narzekał na działania „blogerów” i kilka razy odnosił się do faktów w nim przedstawionych, oczywiście po to, by im zaprzeczyć.

 

M.P.: Rezonans wokół filmu doprowadził 8 listopada 2019 roku na mińskim placu Wolności do protestu z udziałem młodych ludzi. Czym ta akcja różniła się od dotychczasowych demonstracji aranżowanych przez partie?

S.P.: Przede wszystkim była to inicjatywa oddolna: ludzie sami zaproponowali mi organizację akcji. Po publikacji filmu wielu widzów, a także innych blogerów, pytało, jak wykorzystamy jego popularność. Chcieli sprawdzić, czy ci, którzy oglądają nas online, będą gotowi do działania offline; zobaczyć, czy demonstrowanie swoich przekonań na ulicy ma sens. Akcja miała być przeprowadzona w zupełnie nowym formacie, między innymi z projekcją filmu i mikrofonem dostępnym dla każdego.

 

M.P.: Nie mogłeś się na niej pojawić, bo mieszkasz w Warszawie. Na czym polegał Twój kontakt z obecnymi na placu?

S.P.: Nie mogę jeździć na Białoruś, bo wszczęto przeciwko mnie postępowanie karne pod zarzutem obrazy prezydenta. Moje wystąpienie miało być wyświetlone na projektorze. Akcja była zgłoszona oficjalnie, przeprowadzona legalnie w ramach spotkań przedwyborczych, jednak nie obyło się bez prowokacji i interwencji służb porządkowych. Niestety, nie udało się uruchomić sprzętu audiowizualnego. Dodatkowo, wiedząc, że planujemy spotkanie, władze zorganizowały w tym samym czasie i miejscu wiec propaństwowego zrzeszenia studentów, co doprowadziło do chaosu. Mimo wszystko zebrało się około siedmiuset osób. Uczestnicy protestu byli wdzięczni za zorganizowanie tego spotkania, zadeklarowali chęć działania. Organizacja zgromadzenia publicznego wiąże się z różnymi problemami. Zgodnie z nową ustawą takie działanie wymaga na przykład wniesienia na rzecz służb komunalnych, medycznych i milicji opłaty za obsługę wydarzenia, czyli pilnowania porządku (chociaż te zadania i tak są finansowane z podatków). Kwota zmienia się w zależności od liczby uczestników i sięga nawet 2590 euro przy tysiącu osób, czyli osiemnaście minimalnych lub sześć średnich pensji na Białorusi. Nie możemy sobie pozwolić na działanie niezgodne z prawem.

 

J.G.: Jaki przyświeca Ci cel? Obudzić, przekazać informację, zachęcić do działania?

S.P.: Poinformować o tym, co się dzieje – bo niewiele mediów zapewnia Białorusinom informację niepoddaną cenzurze. Takiego kanału nie da się prowadzić na Białorusi. Oczywiście są niezależne media, ale nie odważą się pisać o wszystkim: jeśli będą „przeginać”, czeka je los najpopularniejszej niezależnej strony tut.by, nękanej przez struktury siłowe, na przykład rewizjami w siedzibie portalu. Moim celem jest zachęcenie Białorusinów do krytycznego myślenia, do podawania oficjalnych informacji w wątpliwość. Chcę pokazać moim rodakom, że wszystko zależy od nich. Każdy z osobna żali się: „Co ja mogę?”. Każdy myśli, że jest sam. Dzięki publikacjom na YouTubie i Instagramie pokazujemy, że takich ludzi jest dużo. To podnosi ogólny poziom oczekiwań i chęci zmian.

 

J.G.: Stereotyp przypisuje Białorusinom bierność. Podobno zawsze zaakceptują sytuację taką, jaka jest. Jak w tym kontekście oceniasz postawę młodych ludzi, którzy przyszli na Twoją akcję? Skąd się bierze ich gotowość do protestu?

S.P.: Białorusini rzeczywiście nie angażują się w politykę. Jeśli dzieje się coś, co im się nie podoba, nie zawsze reagują. Ale to efekt również aktywności władz: wmawia się Białorusinom, że są cichym i spokojnym narodem w małym, skromnym kraju, żeby nie pomyśleli, że mogą więcej. Porównuje się nas zawsze do wielkiej Rosji, pomijając fakt, że Białoruś jest solidnym pod względem terytorium państwem europejskim.

Niedawno przyjęto ustawę odbierającą studentom ochronę przed poborem do wojska. Wywołało to kontrowersje, ale zamiast protestować, młodzi decydują się na wyjazd z kraju, wybierają emigrację. To częsty temat dyskusji z moimi widzami, tyle że dużo osób pyta mnie nie o to, jak protestować przeciwko ustawie, lecz jak opuścić kraj, jak się żyje w Polsce.

 

J.G.: Protesty przeciwko integracji z Rosją pokazały jednak większą aktywność społeczną.

S.P.: Jeśli ludzie widzą, że nie ma milicji, potrafią wyjść na protest. Największy strach budzi brutalność służb, pobicia. Łukaszenka nie tłumił tych protestów, bo – jakkolwiek dziwnie to brzmiało – były ważną kartą w negocjacjach z Putinem. Już po demonstracjach posypały się wysokie grzywny, parę osób trafiło na kilka dni do więzienia. Jak widać, Łukaszenka jednak boi się aktywności publicznej Białorusinów.

 

J.G.: Czy nie jest tak, że brak perspektywy sukcesu zniechęca ludzi do protestu? Młodzi nie znają przecież innej rzeczywistości niż obecna.

S.P.: Dwadzieścia lat rządów jednej osoby demoralizuje ludzi, zniechęca do działania. Szesnastolatkowie nie wyobrażają sobie już, że może być inaczej. Dla nich prezydent był od zawsze i nie warto nic z tym robić, to po prostu portret na ścianie. Może za jakiś czas zrozumieją, że to nie jest normalna, zdrowa sytuacja. Ci nieco starsi, po dwudziestce, rozumieją, że coś jest nie tak, ale nie wiedzą, co z tym zrobić. Wolą wyjechać z kraju.

 

J.G.: W jakich grupach społecznych widzisz potencjał na przeciwstawienie się systemowi?

S.P.: Duże nadzieje pokładam w białoruskim liceum humanistycznym. Jestem jego absolwentem. Funkcjonuje też państwowy, ale zrzeszający aktywną młodzież, Białoruski Republikański Związek Młodzieży. Działają grupy aktywistów zjednoczonych przeciwko ustawie o wojsku. Ci ludzie nie przebijają się jednak do opinii publicznej, bo nie mają dostępu do mediów, komunikują się tylko przez internet. Nie mają też dostępu do samorządu studenckiego. Nie znaczy to, że studenci pozostają bierni, ale ich działanie często spotyka się z niezrozumieniem, wewnętrznym oporem środowiska. Ostatnio w przeddzień tak zwanego wcześniejszego głosowania pewna studentka nagrała i chciała opublikować wystąpienie wykładowczyni, która wywierała presję na studentów, by szli głosować przed terminem. To znany sposób fałszerstw, wybory na Białorusi trwają zazwyczaj kilka dni. Oficjalnie chodzi o umożliwienie głosowania jak najszerszej rzeszy wyborców, w praktyce zaś rozciągnięcie wyborów w czasie utrudnia obserwację procesu wyborczego i służy zwiększeniu frekwencji legalnymi i nielegalnymi sposobami. Niestety, koledzy i koleżanki nie poparli tej dziewczyny, wręcz wystąpili przeciwko niej.

 

J.G.: Próby działania w pojedynkę nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. Działania takie jak Twoje pokazują zarazem, że przeciwników systemu jest więcej. Czy dzięki nim może wzrosnąć nadzieja na zmianę?

S.P.: Tu mam problem. Niektórzy z odbiorców traktują moje filmy wyłącznie jak rozrywkę, a nie obiektywną, alternatywną informację. Analiza komentarzy pokazuje, że ludzie jednak rozumieją, o co chodzi, ale oburzenie online nie przekłada się na oburzenie w życiu codziennym, bo tam obowiązują inne zasady. W sieci rządzimy my – młodzi, niezależni, wolni. W „realu” tracimy moc, i to jest ta bolączka.

 

J.G.: Jaką rolę może odegrać opozycja polityczna?

S.P.: Opozycja jest od lat tłamszona, nie ma środków na funkcjonowanie. Ludzie nie wiedzą o jej działalności. Propaganda skupia się przede wszystkim na utwierdzaniu obywateli w przekonaniu, że nie ma alternatywy dla Łukaszenki.

 

M.P.: Jak odnosisz się do tezy, że to Łukaszenka jest gwarantem niepodległości Białorusi?

S.P.: Uważam ją za sprytny trik propagandowy: tylko obecny prezydent może obronić Białoruś przed Rosją. A przecież on od dwudziestu lat powtarza, że Białorusini to Rosjanie ze znakiem jakości, że jesteśmy jednym narodem. Nie wiem, czy to jest odpowiednia osoba do obrony niepodległości. On walczy o swoją władzę, nie o Białoruś. Wiele osób w tę tezę jednak wierzy. Rywala na horyzoncie nie widać, bo kontrkandydaci na prezydenta są od dawna na różne sposoby dyskredytowani i szykanowani.

                                     

M.P.: Co by się stało, gdyby Rosja wysunęła swojego kandydata?

S.P.: Moim zdaniem nie wygrałby z Łukaszenką. Ostatnie badania socjologiczne pokazują spadek poparcia dla integracji z Rosją. Białorusini mają coraz bardziej sceptyczny stosunek do wschodniego sąsiada: patrzą na ograniczenia ekonomiczne wywołane przez sankcje, boją się zaangażowania wojskowego Moskwy i wysyłania poborowych do Syrii, na Ukrainę. Rosja traci na popularności. Większe szanse miałby kandydat popierany przez Kreml zakulisowo, niewidocznie.

 

M.P.: Czy w administracji są ludzie, którzy chcieliby bronić niezależności Białorusi albo zmieniać system?

S.P.: Tak, nawet w milicji. To między innymi oni przysyłają mi insiderskie informacje. Zarazem jednak, podobnie jak w Rosji, są wśród rządzących osoby wyznaczone do pokazywania, że istnieje różnorodność opinii. Takim zadaniem obarczono na przykład premiera Rumasa, lansowanego na reformatora, modernizatora. W jego wypowiedziach wybrzmiewa postulat konieczności zmian. Niestety, to tylko słowa.

 

M.P.: Wykorzystałeś wolność internetu i nowoczesny przekaz, by zachęcać Białorusinów do aktywności społecznej. A czy białoruska władza nie próbuje zagospodarować internetu swoimi działaniami, swoimi blogerami?

S.P.: Robi to, ale nieumiejętnie. Władze wykreowały blogera, który skrytykował mój film, oskarżał, że pokazuję wyłącznie fejki. Zebrał czterysta wyświetleń. Dopiero gdy ja o nim napisałem na Instagramie, ich liczba wzrosła do dwóch tysięcy. Zamieścił jeszcze jedno wideo, ale miał dużo dislajków i nie kontynuował swojej aktywności.

 

M.P.: A działania represyjne?

S.P.: Nie znam żadnego blogera na Białorusi, który jakoś nie ucierpiałby przez swoją działalność. Na przykład Marat Miński nie porusza tematów politycznych. Opowiada o tym, co warto zmienić w funkcjonowaniu miasta, a i do niego przychodzą funkcjonariusze KGB i wskazują mu granice, których nie powinien przekraczać. Zdarzają się grzywny, presja psychologiczna na rodzinę, ujawnianie szczegółów z życia prywatnego. Uładzimir Czudziancou, dziennikarz, który pomagał mi przy filmie o Łukaszence, został aresztowany. Gdy jechał do Polski, na granicy podrzucono mu narkotyki. Siedzi w więzieniu od listopada. Na Białorusi obowiązują bardzo wysokie kary za posiadanie narkotyków. Sprawa jest jednoznacznie polityczna i myślę, że ma związek z filmem.

 

M.P.: Wiele już osiągnąłeś jako bloger, zdobyłeś sporą popularność. Inny sposób na odczytanie Twojego pseudonimu to z angielskiego „następny”. Kim „następnym” chciałbyś być w Białorusi?

S.P.: Nie mam ambicji politycznych, jeśli o to Ci chodzi, chociaż dużo ludzi zachęca mnie, żebym startował w wyborach prezydenckich. Uważam, że to bez sensu, bo polityki na Białorusi nie ma, jedna osoba decyduje o każdej dziedzinie życia. Ale chciałbym robić pożyteczne rzeczy, pomagać ludziom. Chcę działać w przestrzeni informacyjnej, bo to przynosi widoczne efekty. Po każdej mojej publikacji w Telegramie władze panikują, próbują usunąć jakieś usterki, zamaskować. Przez te drobiazgi dzieje się coś lepszego.

 

M.P.: Coś swoim działaniem zmieniasz, masz wpływ, czyli władzę. Jesteś już więc w polityce.

S.P.: Oczywiście, blog to czwarta władza. Jak w każdym kraju.

-------------------

Sciapan Puciła – bloger i dziennikarz. Prowadzi autorskie kanały w YouTubie i Telegramie oraz program „Subiektyw” w Telewizji Biełsat.

Maciej Piotrowski – ekspert ds. Ukrainy w Instytucie Wolności, działacz Stowarzyszenia Folkowisko, w którego ramach współtworzy portal translatorski Rozstaje.art.

Joanna Getka – białorutenistka, rusycystka. Językoznawczyni, literaturoznawczyni, kulturoznawczyni. Autorka prac z zakresu kultury piśmienniczej białoruskiego i ukraińskiego obszaru kulturowego oraz kształtowania się nowoczesnej tożsamości kulturowej Białorusinów i Ukraińców.

 

Powrót
Najnowsze

Wybory prezydenckie na Białorusi: dzień przed wybuchem?

07.08.2020
Maxim Rust
Czytaj dalej

Przed wyrokiem. Sprawa Dmitrijewa

21.07.2020
Czytaj dalej

Niewidzialni Inni

20.07.2020
Anton Saifullayeu Tadeusz Giczan
Czytaj dalej

Wiatr zmiany

06.07.2020
Olga Dryndova

 Słabnący paternalizm państwowy na Białorusi łączy się z niskim poczuciem zaufania do władz. Według badań z lat 2017–2018 jedynie około 40 procent Białorusinów ufało władzom państwowym, w tym 34 procent ministrom, a 33 procent władzom lokalnym.

 
Czytaj dalej

„Nas tu nie ma” czyli niesłyszalny głos białoruskiego środowiska LGBT

29.06.2020
Maxim Rust Nick Antipov Nasta Mancewicz Milana Levitskaya
Czytaj dalej

Kampania prezydencka na Białorusi: (nie)oczywiste wybory

26.06.2020
Maxim Rust Yahor Azarkevich
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2020 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu