Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Via Carpatia. Podróże po Węgrzech i Basenie Karpackim
2019-11-19
Ziemowit Szczerek

Ziemowit Szczerek wędruje po Europie Środkowo-Wschodniej w przededniu setnej rocznicy traktatu w Trianon i przygląda się Węgrom owładniętym obsesją minionej wielkości. Zagląda przez płot pewnego domu w Felcsút, plącze się po zapyziałych budapeszteńskich zaułkach, pije z chłopakami gdzieś pod Klużem, jedzie zygzakiem wzdłuż słowacko-węgierskiej granicy, snuje się po dziurawych drogach Zakarpacia i szuka śladów dawnego imperium w okolicach Miercurea Ciuc. I zapisuje, co widzi, co mu ludzie powiedzieli, co podsłuchał. Publikujemy fragment Via Carpatia. Podróże po Węgrzech i Basenie Karpackim Ziemowita Szczerka, która niedawno ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarnego.

 

Kiedyś zepsuł mi się samochód na samej M1 między Bratysławą a Budapesztem, niedaleko gigantycznego turula, pomnika mitycznego węgierskiego ptaka, który przyprowadził tu z Eurazji Árpáda i jego stepowy lud.

To jeden z niewielu zachowanych wielkich turuli. Większość, te, które pozostały po złej stronie węgierskiej granicy po traktacie w Trianon, poszła na straty. Zdemontowano je, przetopiono jako symbol węgierskiego imperializmu. Pozostało kilka: na zamku w Budzie czy właśnie ten w Tatabánya. Wielki, strzegący drogi na Budapeszt od zachodu.

Na samym krańcu Wielkiego Stepu. Bo Węgry z pewnej perspektywy są nie tyle – albo nie tylko – jednym z wysuniętych na wschód narodów europejskich, ale też jednym z najdalej wysuniętych na zachód narodów stepowych.

I w gruncie rzeczy cała sprawa zależy od punktu widzenia.

Teraz pomniki turula można znaleźć na całych Węgrzech. I jeden z nich, pod którym właśnie mi się zepsuł samochód, wisiał drapieżnie z rozcapierzonymi skrzydłami nad autostradą, jakby zamierzał rzucać się na przejeżdżające auta, pikować i porywać je w niebo.

Mój samochód przestał przyspieszać, zwolnił; zjechałem na pobocze i zanim w ogóle zdążyłem wyciągnąć telefon i sprawdzić w internecie okoliczne warsztaty, stanęła za mną laweta niczym anioł stróż ze świetlistym mieczem.

Wysiadł z niej niewysoki facet, kędzierzawy trochę, pokiwał głową i przemówił w języku węgierskim. Widząc jednak, jak bardzo się pocę i wyginam, próbując dotrzymać mu w tej węgierskiej konwersacji pola („nem… tudom… mi… történt… törte… talán… eee… sprzęgło”), przeszedł litościwie na ten budzący moją odwieczną sympatię rodzaj niemieckiego znany wszystkim narodom Mitteleuropy: robociarski, emigrancki. Ignorujący zasady niemieckiej gramatyki, der-die-dasy i tak dalej. Sam takiego używam z wielką rozkoszą, akcentując słowa jak wokalista Laibacha w Tanz mit Laibach.

Pumpa kaputt – orzekł, gdy ładował mój samochód na lawetę. – Du Glück haben, das ich hab neben fahren. Ich heisse Géza.

Wo wir fahren? – zapytałem Gézę w tym samym gastarbajtersdojczu, ładując się mu do szoferki, która – jak wszystkie szoferki lawet Europy – zawalona była jakimiś fakturami od firm zlecających assistance, skomplikowanym okablowaniem ładowarek popodłączanych do rozbudowanych kostek, starymi rękawiczkami roboczymi, zdjęciami gołych kobiet i tak dalej.

Oroszlány – odpowiedział.

Die russiche Mädchen? – próbowałem uratować choć odrobinę swojej węgierskomowności, w dodatku mając nadzieję, że trochę jednak kędzierzawemu laweciarzowi zaimponuję. Bo „Orosz”, myślałem, to po węgiersku „rosyjski”, a „lány” – dziewczyna. Ale Géza zwrócił ku mnie głowę i obrażony nieco, krzyknął:

Keine russische Mädchen! Keine Russen! Die Löwe! Oroszlán! – A żeby podkreślić, że lew, puścił kierownicę i rękami zrobił coś w rodzaju paszczy, po czym ryknął: „Roaaaar!”, i dodał: – Russen nicht! Keine Russland! Europa!

Przypomniałem sobie, że faktycznie: po turecku „lew” to będzie „aslan”, jak ten z Narnii, a stąd do „oroszlán” bardzo blisko. No ale i tak miejscowość, do której jechaliśmy, nazywała się Oroszlány, nic już jednak nie mówiłem, żeby się Géza nie obraził.

 

Jechaliśmy pod turulem, niebo zaciągało się brudnymi chmurami, patrzyłem na blokowiska miasta Tatabánya pod nami i myślałem o tym końcu, a nie początku czy choćby środku. Bo oczywista była dla mnie perspektywa, że tutaj, gdzieś na przedpolach Wiednia, gdzieś pomiędzy Karpatami a niemieckością, zaczyna się właściwa Europa. W takiej perspektywie się wychowałem i zdaję sobie sprawę, jak bardzo może ona drażnić Ukraińców czy rosyjskich zapadników, nie wspominając już o takich Gruzinach, którzy w Batumi za halą koncertową w samym centrum miasta postawili sobie wielki billboard z napisem: „Georgia is Europe”, ale żeby tę Georgię zmieścić w rzeczonej Europe, trzeba było wywalić z niej kawał Półwyspu Iberyjskiego łącznie z całą Portugalią.

Géza, myślałem, patrząc na ten ultraśrodkowoeuropejski krajobraz za oknami, przezroczysty wręcz, ujednoli82 cony europejsko, tak, Géza był czuły na punkcie swojej europejskości. Ale nie wszyscy Węgrzy mieli w sobie taką czułość. Węgrzy, w przeciwieństwie do Polaków, dorobili się już bowiem swojego „wielkiego patrzenia na Wschód” połączonego z odrzuceniem Zachodu.

Panturanizm, idea jedności wszystkich ludów „turańskich”, czyli na przykład ludów tureckich, stepowych czy poststepowych, ale także ugrofińskich – pojawił się jako odpowiedź na otaczający Węgry „pangermanizm” i „pansłowianizm”. Od turanizmu odkleiło się wiele ruchów pobocznych, między innymi takie, którym nie odpowiadało stepowe i barbarzyńskie pochodzenie Węgrów i za swoich praprzodków uznawali Sumerów, Partów (Jezus jako partyjski książę, czyli pra-Węgier, jest swego rodzaju ikoną tego typu poglądów) albo nawet, czemu nie, kosmitów. Powstawało i powstaje wiele naukowych i pseudonaukowych traktatów próbujących łączyć język węgierski z rozmaitymi językami świata, w tym indiańskimi. Naukowo i lingwistycznie najbardziej uzasadnione jest wywodzenie jego źródeł z grupy języków ugryjskich, ale i to nie wszystkim odpowiada: najbliżsi językowo krewni Węgrów, Chantowie i Mansowie, spokojne, zrusyfikowane narody żyjące u podgórzy Uralu na zachodniej Syberii, nie przemawiają tak do wyobraźni jak potęga ludów tureckich, władców stepu i zdobywców Konstantynopola, których języki, jeśli popatrzeć na mapę, ciągną się od Oceanu Lodowatego po Chiny i przez całą Azję Środkową. I choć trudno podważać teorię o uralskim pochodzeniu języka węgierskiego, prawdą jest, że można  w nim znaleźć mnóstwo turkizmów, od rzeczonego oroszlána/aslana po, nawet, turula: Węgrzy, w czasie, gdy wędrowali przez azjatyckie stepy do „nowej ojczyzny”, mieszali się z wieloma ludami, w tym turkijskimi. Zresztą, gdy osiedlili się w Panonii i przyjęli chrzest, bazyleusi bizantyńscy nazywali ich królów „królami Turków”, a ich krainę – Turcją.

Ale żeby tylko Turcja. Odniesieniem dla panturanisty może być wszystko, co na wschodzie, łącznie z Mongolią i Japonią, łącznie z Ameryką, zasiedlaną przecież ze wschodu na jeszcze głębszy wschód przez Cieśninę Beringa. Wschód, nie Zachód, jest miejscem, w którym węgierscy panturaniści szukać mogą dawno zapomnianych braci.

I w tym kierunku niektórzy romantyczni Węgrzy, „najbardziej samotny lud w Europie”, poszukujący wsparcia i poczucia potęgi, kierowali swoją uwagę. A często także swój żal, bo jak każdy peryferyjny lud, w dodatku graniczący z ekspansywnymi i cywilizacyjnie rozbuchanymi Germanami, musieli mieć na tle Zachodu kompleksy. A był to czas swojego rodzaju konkurencji z Niemcami w ramach dwuczłonowego imperium austro-węgierskiego. Węgrzy, aby dorównać swoim c.k. partnerom, nie tylko szybko i efekciarsko musieli rozbudować swoją stolicę – Budapeszt, ale i podciągnąć się w wielu innych kategoriach. Stare Węgry były przecież krajem europejskiego końca, rzeczywistym wstępem do o wiele bardziej wietrznej i luźniej cywilizowanej Azji, zupełnie jak Rzeczpospolita i Wysoka Porta: bogata szlachta, biedni i uciemiężeni chłopi, rachityczne mieszczaństwo i wielkie, niezabudowane przestrzenie, ciemne, przerażające noce i legendy o wilkołakach i wampirach. Nagle w ciągu kilkudziesięciu lat należało się przestawić na tryb „Europa Zachodnia”: dogęścić przestrzeń, dohistorycyzować miasta, domonumentalnić place i pałace, podnieść jakość życia prowincji. Pod wieloma względami się udało, dlatego Węgry prezentują się bardziej „europejsko” od południowych, wschodnich i północnych sąsiadów. Ale to wszystko dopiero pieśń drugiej połowy XIX wieku.

Wyobrażałem sobie tę wielką, płaską równinę od Mongolii przez Kazachstan, Rosję i Ukrainę, ciągnącą się – z przerwą na Karpaty i Przełęcz Werecką – aż tutaj, po Dunaj, i starałem się zobaczyć to właśnie jako całość. Właściwie step ten musiał być przez wieki o wiele bardziej kulturowo spójny niż wyobrażona europejskość, z tą zieloną bądź białą pustką przecinaną rzadkimi śladami kół wozu odciśniętych w błocie, tą rachitycznością drewnianych wsi i posiołków, z peryferyjnością miast, nawet takich, które uznawane były za główne, z tą naśladowaną mniej lub bardziej udolnie wielkomiejską „zachodniością”, która w porównaniu z wiejskością wyglądała groteskowo. Wystarczy pooglądać dziewiętnastowieczne zdjęcia polskich czy rumuńskich chłopów, karpackich górali czy stepowych pasterzy, w tym te robione przez ich rodaków z wielkich, zeuropeizowanych miast, by widzieć doskonale, że nie różnią się specjalnie od dziewiętnastowiecznych zdjęć Indian robionych przez amerykańskich fotografów. Czy mieszkańców Azji Środkowej. Próbowali się różnić ci zeuropeizowani, mieszczańscy Europejczycy, powbijani w garnitury, obuci w miejskie trzewiki. Ale zachodni podróżnicy, jeżdżący – na przykład – po dziewiętnastowiecznej Polsce, widzieli w rysach twarzy warszawiaków „półazjatyckie rysy”. Może i nieprzypadkowo diabeł i wampir w zachodniej kulturze masowej mają twarz wschodnioeuropejskiego arystokraty.

Nic dziwnego, że takie położenie Węgier i tak wysoko zawieszona poprzeczka mogła rodzić frustracje. Wiedeń to Wiedeń, Zachód to Zachód, a Węgrzy zawsze tu, pomiędzy, zawsze rozciągnięci pomiędzy próbą udowodnienia, że wcale nie są od Zachodu gorsi, a próbą tłumaczenia, że jeśli jednak pod jakimiś względami odstają, to dlatego, że za ten Zachód krew przelewali i nie mieli kiedy doskonalić stylów architektonicznych, szkół filozoficznych i budować machin latających. W miejscu bitwy pod Mohaczem, pomiędzy figurami Turków wyglądającym i jak ze złego snu Davida Lyncha, objuczonymi siatkami pełnymi węgierskich głów, można znaleźć wypisane hasła o tym, że Węgrzy broniący zachodniego chrześcijaństwa przed niewiernymi zostali przez rzeczonych niewiernych zawleczeni na arkanie z powrotem na Wschód, co było przyczyną ich zapóźnienia względem Zachodu.

 

Premiera 16 października 2019

Więcej


Powrót
Najnowsze

Macron i Europa Środkowa, czyli samotność liberałów

05.12.2019
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

Rumunia. Wybory, których ostateczny wynik poznamy za rok

04.12.2019
Michał Torz
Czytaj dalej

Białoruś. Rozmowy o ludziach i reżimie #opartenafaktach

03.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Przekleństwo cara Iwana

03.12.2019
Maciej Jastrzębski
Czytaj dalej

Pogrzeb ostatnich synów Rzeczpospolitej Obojga Narodów

02.12.2019
Bartosz Chmielewski
Czytaj dalej

Na granicy zdrowego rozsądku. Estońsko-rosyjski spór graniczny

29.11.2019
Juliusz Dworacki
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu