Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Piosenka ludowa o transformacji
2019-09-23
Sylwia Siedlecka

To nie jest książka o słonecznych czarnomorskich kurortach, które zwykle stają nam przed oczami, kiedy myślimy o Bułgarii. To portret kraju o znacznie surowszym obliczu, na którym piętno odcisnęło ponad trzynaście stuleci burzliwych dziejów. Sylwia Siedlecka opisuje ostatnie kilkadziesiąt lat: komunistyczną Bułgarię rządzoną twardą ręką Todora Żiwkowa, okres niełatwej transformacji oraz bułgarską teraźniejszość. Pisze o miejscach, czasach i ludziach – przede wszystkim o ludziach. O jasnowidzącej Wandze, właścicielu bułgarskiego cyrku, premierze Bojku Borisowie, który karierę polityczną rozpoczynał jako ochroniarz Żiwkowa, o architekcie, który zaprojektował gigantyczny, przypominający UFO monument, symbol bułgarskiego socjalizmu, o filozofce Julii Kristevej i dyskusjach na temat jej współpracy z tajnymi służbami, o mieszkańcach współczesnej Sofii. 25 września odbędzie się premiera książki Sylwii Siedleckiej Złote piachy. Zachęcamy do lektury fragmentu rozdziału pt. Piosenka ludowa o transformacji.

 

Mumia Georgiego Dimitrowa opuszcza mauzoleum latem 1990 roku. Z potężnego grobowca w samym sercu Sofii, gdzie spoczywała przez ostatnie czterdzieści lat, wędruje na Sofijski Cmentarz Główny. Ciało wodza zostaje skremowane i podczas skromnej ceremonii w środku nocy złożone w prawosławnej części cmentarza, obok ciała matki. Według jednych wyniesiono je z mauzoleum tylnym wyjściem i wywieziono uazem na cmentarz. Alternatywna wersja mówi, że zostało przetransportowane podziemnym tunelem łączącym mauzoleum z pobliskim Domem Partii, którym latami przemieszczali się też najważniejsi komunistyczni politycy.

Mauzoleum powstało w zaledwie sześć dni i nocy, w lipcu 1949 roku, z szybko schnącego betonu sprowadzonego specjalnie ze Związku Radzieckiego. Budowa odbywała się na cztery zmiany, dzięki czemu ukończono ją w sto trzydzieści osiem zamiast planowanych stu siedemdziesięciu godzin. Mauzoleum musiało powstać w tym szalonym tempie, żeby można było umieścić w nim ciało Dimitrowa, zmarłego nagle w radzieckim sanatorium rządowym pod Moskwą. Wokół śmierci Dimitrowa, która nastąpiła 2 lipca 1949 roku, do dziś krążą sprzeczne opinie. Oficjalna diagnoza radzieckich lekarzy brzmiała, że zgon nastąpił z powodu nagromadzonych przez całe burzliwe życie dolegliwości: chorego serca, płuc, prostaty i cukrzycy. Dimitrow faktycznie był chorowity, w dodatku dużo pił. Ale ten ideowy komunista z obywatelstwem radzieckim, przez dekadę szef generalny Kominternu, bywał też niewygodny dla Stalina i publicznie karcony. Wprawdzie działał zgodnie z zaleceniami przełożonego, krwawo rozprawiając się z opozycją polityczną i przekształcając Bułgarię w republikę ludową na wzór radziecki, ale niejednokrotnie dostawało mu się też za zbytnią autonomię polityczną, zwłaszcza za porozumienie z Josipem Broz-Titą, z którym zamierzał zawiązać federację bałkańską, łączącą Bułgarię do Jugosławii.

W ciągu kilku dni wybitny architekt Georgi Owczarow wykonał projekt mauzoleum. Prace budowlane rozpoczęły się dosłownie natychmiast, tak by w niecały tydzień później w pachnącym świeżym tynkiem wysokim pomieszczeniu mogło się znaleźć sprowadzone spod Moskwy ciało wodza. Zabalsamowaną mumię wystawiono na oczy milionów ludzi, a pokłon przed nią stał się obowiązkowym punktem delegacji politycznych z bratnich krajów, przystankiem niezliczonych wycieczek. Z wbudowanej w mauzoleum trybuny członkowie rządu obserwowali naród podczas masowych defilad w czasie świąt państwowych. Żeby ciało prezentowało się jak należy, regularnie zwożono je windą pod ziemię, do specjalnego pomieszczenia, gdzie poprawiano makijaż, a dwa razy w tygodniu nawilżano odkryte części ciała: ręce i twarz. Koszulę wystarczało zmieniać raz do roku, ale kołnierzyków zawsze musiał być spory zapas, bo wymieniano je znacznie częściej. Co dwa lata ekipa bułgarskich uczonych powtórnie balsamowała całe ciało. Trzeba je było rozebrać, a następnie zanurzyć w wannie wypełnionej trzystoma litrami roztworu, napełniając szklanymi kulkami jamę brzuszną, tak aby nie wypływało na powierzchnię. Po kilkudniowej konserwacji w roztworze uczeni opróżniali wnętrze ciała, wkładali do środka tampony nasączone płynem i na powrót zszywali.

Ale w 1990 roku mauzoleum stoi już niczym wielki kłopot w sercu stolicy. Przez większość czasu pozostaje zamknięte, bo nawet wycieczki i delegacje ze wschodniej Europy omijały je w ostatnich latach szerokim łukiem, decydując się złożyć kwiaty raczej przed pobliskim Grobem Nieznanego Żołnierza. Po wywiezieniu ciała Dimitrowa na cmentarz mauzoleum staje się jeszcze bardziej problematyczne – pusta trumna w sercu żywego, pochłoniętego zmianami miasta.

 

Czałga wybucha jak głośny, jaskrawy fajerwerk na zgliszczach komunizmu.

Jesienią 1989 roku Todor Żiwkow zostaje aresztowany i postawiony przed sądem. Do zarzutów należą: doprowadzenie kraju do katastrofy finansowej i upadku rolnictwa, zrujnowanie przemysłu, wyprowadzenie na prywatne zagraniczne konta pieniędzy z państwowej kasy, hojne rozdawnictwo samochodów i mieszkań członkom rodziny i poplecznikom. Na jaw wychodzi, że w 1960 roku sprzedał całą złotą rezerwę kraju Związkowi Radzieckiemu, a w zachodnich bankach zadłużył Bułgarię na sześć miliardów dolarów. Sam Żiwkow nie przyznaje się do winy. Przebywając w areszcie domowym, pisze pamiętniki. Kiedy ukazują się w 1997 roku, na rok przed jego śmiercią, od razu stają się bestsellerem. Bohater książki prezentuje się w nich jako zwolennik wolnorynkowych przemian ekonomicznych, piewca nowoczesności i wielbiciel młodzieży. Również w świecie realnym dawny przywódca dostrzega szansę, jaką otwiera kapitalizm: udaje mu się opatentować autorski preparat na długowieczność o nazwie Żirowital. Nazwa to skrót od słów „Żiwkow”, „róża”, „witalność”, a w składzie znajduje się słynny bułgarski olejek z Doliny Róż. Preparat sprzedaje się świetnie, bo żywotny Żiwkow jest przykładem jego skuteczności.

Piosenki z nurtu czałgi, popularnego gatunku muzycznego, zwanego też w Bułgarii etnopopem, stają się melodiami przemian ustrojowych. Pierwsze, robione jeszcze chałupniczą metodą teledyski czałgi z początku lat dziewięćdziesiątych pokazują, że na zboczach gór osiołki pasą się tak samo jak od wieków, ale najbardziej zaradni chłopcy wsiadają już do błyszczących aut i zakładają białe garnitury przypominające pokrowce na krzesła. Porzucają swoich ojców i matki, bo pragną najpiękniejszych dziewcząt, zapachu świeżo wydrukowanych pieniędzy i pałaców z marmuru z adresem w centrum Sofii. Tańczące przed kamerami dziewczyny palą rozjaśniaczem piękne czarne włosy, żeby zatrzeć swoje kody genetyczne. Wielu muzyków odrzuca tradycyjne instrumenty – gajdy śmierdzą im kozią skórą – i kupują używane syntezatory Korg i Casio, by wygrywać na nich opowieść o nowych czasach.

Nowoczesności szukają zachłannie i trochę po omacku. Jej zwiastuny pojawiają się w postaci wizualnych znaków. Czarne bmw, lśniący mercedes ze skórzaną tapicerką, viagra czy duże jak cegła telefony komórkowe, które – jak głosi legenda – znani biznesmeni z bułgarskiego półświatka każą wkładać sobie po śmierci do trumien – to niektóre z magicznych przedmiotów mające niczym w baśni w ciągu sekundy zamienić mieszkańców peryferyjnego socjalistycznego państwa w obywateli świata.

Perspektywa szybkiego sukcesu kusi wielu. Prawosławny ksiądz z Kilifarewa, Iwan Karaczorow, zakłada w garażu odlewnię świec, by sprzedawać je cerkwiom. Ale wkrótce zarzuca interes, by opiewać w piosenkach uroki wolnego rynku. Ma ucho do prostych, chwytliwych melodii. Tytułowy bohater piosenki Kuco magare, co znaczy dosłownie „kulawy osiołek”, to odwieczny towarzysz bułgarskiej codzienności i stały element miejscowego górzystego krajobrazu. „Cztery kopyta, w tym jedno rezerwowe, ole-le” – śpiewa Karaczorow i wie, że przy tym rubasznym wersie zaśmieje się niejeden Bułgar czy Bułgarka. Ale już w następnej zwrotce piosenkarz przesiada się z grzbietu osła do luksusowego auta na „sofijskich blachach”, z wycieńczonego ekonomicznie państwa, które zaczęło otrząsać się z socjalizmu, wprost w sam środek kapitalistycznego raju. A wszystko z pominięciem etapów pośrednich, które mogłyby opowiedzieć o drodze, jaką do tego doszedł. Kuco magare staje się hitem transformacji, historią o magicznej przemianie kopciuszka w księcia. Fantazją o byciu częścią nowoczesnego świata.

 

Viktoria, projektantka graficzna, wyjechała na stałe z Bułgarii w 1986 roku:

– Opuściłam piękną, zadbaną, pełną zieleni i kwietników Sofię, której ulice i skwery codziennie o poranku zmywała woda z beczkowozów. Kiedy przyjechałam do stolicy w 1996 roku, ulice i skwery wyglądały jak śmietniska. W kraju panowała zapaść gospodarcza, a całe miasto oklejono nekrologami niedawno zmarłej Wangi. Poza stolicą nie wyglądało to lepiej. Zadbane niegdyś miasteczka i wioski były zdewastowane, a budynki dla zwierząt i pomieszczenia gospodarcze opustoszałe. Ludzie jakby rzucili się, żeby rozkraść to, co kiedyś uznawali za dobro wspólne, bo teraz uznali, że stało się niczyje. Wielkim tematem w kraju była nędza osób w podeszłym wieku. Pamiętam, jak mówiono, że sprzedawcy na targu dawali za darmo warzywa starszym ludziom. W moim odczuciu Bułgaria nie sprawiała wrażenia państwa, które walczyło o zmiany i na nie czekało. Zmiana przyszła z zewnątrz, a raczej spadła na Bułgarów.

 

Kim więc jest bohater ludowy nowych czasów? Śpiewa o nim wokalistka Petra w piosence Orient Ekspres, kończącej się słowami: „Wszystko w naszych rękach”. Ręce należą do człowieka z tłumu, bezimiennego obywatela Bułgarii, bo zwykle jego punkt widzenia chce przyjąć czałga i do niego kierować swój przekaz. W piosence Petry i wielu innych utworach czałgi z tego okresu będzie on drobnym handlarzem działającym w szarej strefie. Kobietą lub mężczyzną kursującymi mikrobusem albo pociągiem do Stambułu i z powrotem, żeby trochę drożej sprzedać w kraju towar sprowadzony z zagranicy. Żaden wielki interes – raczej ekonomiczny rozbieg, szacowanie możliwości, jakie daje majaczący na horyzoncie wolny rynek.

Czałga nie wymyśla sobie bajki o bułgarskiej zaradności – małe prywatne inicjatywy handlowo-usługowe rzeczywiście masowo powstają w Bułgarii na początku lat dziewięćdziesiątych. Jednym z wynalazków pokazujących, jak można sobie poradzić w epoce ekonomicznego niedoboru, są do dziś istniejące w Sofii klek-shopy (dosłownie: kucki-sklepy), czyli budowane w piwnicznych pomieszczeniach kioski z papierosami, przekąskami, kawą i alkoholem. Ich oszklone witryny znajdują się na wysokości nóg przechodniów, a okienka na poziomie chodnika, więc żeby coś kupić, trzeba ukucnąć. Zakładają je w latach dziewięćdziesiątych ludzie, którzy chcą rozkręcić pierwsze prywatne biznesy, a nie stać ich na wynajęcie drogiego lokalu w centrum Sofii. Za oszklonymi witrynami klek-shopów pojawiają się tajemniczo wówczas brzmiące nazwy produktów jak Camel czy Mirinda, ale też karty Bulfon i Betkom do pierwszych aparatów telefonicznych na kartę. Z każdego okienka klek-shopu wydobywa się też zapach świeżo palonej kawy. Można ją kupić za parę stotinek i pić z plastikowego kubka, idąc chodnikiem, albo wypić na miejscu, pozostając w pozycji w kucki, podczas rozmowy ze sprzedawcą.

 

Seria Sulina, Wydawnictwo Czarne

Premiera 25 września

Więcej


Polecamy inne artykuły autora: Sylwia Siedlecka
Powrót
Najnowsze

Warszawa: Litwini na Syberii. Wspomnienia Dalii Grinkevičiūtė

06.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Macron i Europa Środkowa, czyli samotność liberałów

05.12.2019
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

Rumunia. Wybory, których ostateczny wynik poznamy za rok

04.12.2019
Michał Torz
Czytaj dalej

Białoruś. Rozmowy o ludziach i reżimie #opartenafaktach

03.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Przekleństwo cara Iwana

03.12.2019
Maciej Jastrzębski
Czytaj dalej

Pogrzeb ostatnich synów Rzeczpospolitej Obojga Narodów

02.12.2019
Bartosz Chmielewski
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu