Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Nikt nie chce być barbarzyńcą
2019-09-19
Kamil Całus

Rządzona przez Marszałka Iona Antonescu i sprzymierzona od 1941 roku z Berlinem Rumunia była jedynym obok III Rzeszy państwem, które okupowało w trakcie drugiej wojny światowej ziemie ZSRR i które dopuszczało się na jego terytorium zorganizowanej eksterminacji ludności żydowskiej. Współcześni historycy szacują, że na zarządzanych przez Bukareszt terenach Besarabii, Bukowiny oraz tzw. Transnistrii (tj. leżącej na wschód od Dniestru terytorium Ukraińskiej SRR) Rumuni zamordowali w czasie wojny nawet do pół miliona Żydów. Motywacja dla zbrodni była tyleż cyniczna co przerażająca. Rząd Antonescu postrzegał trwający konflikt światowy jako niepowtarzalną okazję do dokonania narodowościowego „uporządkowania” wciąż młodego jeszcze państwa rumuńskiego. „Nie wiem, kiedy lud rumuński ponownie zyska pełną swobodę działania, możliwość etnicznego oczyszczenia. (…) Jeśli to będzie konieczne, używajcie (wobec nich – przyp. aut.) broni maszynowej. Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy”. – argumentował w lipcu 1941 roku minister spraw zagranicznych Rumunii Mihai Antonescu. Jego rodacy posłuchali. Trzy miesiące później, zaledwie kilka dni po wkroczeniu wojsk rumuńskich do Odessy w październiku 1941 roku miasto to stało się sceną jednej z najstraszniejszych masakr ludności żydowskiej w tej części Europy. W ciągu dwóch dni nawet 35 tysięcy znajdujących się w mieście Żydów zostało rozstrzelanych, powieszonych lub spalonych żywcem.

Mimo ogromnej skali rumuńskiego zaangażowania w Holokaust, wiedza o tym fakcie zdaje się wymykać europejskiej pamięci historycznej i nie stanowi przedmiotu debaty publicznej. Co więcej, sami Rumuni nigdy nie przepracowali tego okresu swojej historii i nie zdołali stawić czoła swojej trudnej przeszłości. W efekcie, marszałek Antonescu ponoszący bezpośrednią odpowiedzialność za masowe mordy na ludności żydowskiej od lat dziewięćdziesiątych cieszy się w Rumunii niesłabnącą popularnością. Ponad połowa mieszkańców kraju uznaje go za wielkiego patriotę, zaś około 40 procent uważa, że powinien on zostać zrehabilitowany za swe zasługi wobec ojczyzny. Wlepki z jego wizerunkiem można znaleźć na murach, znakach drogowych i przydrożnych lampach w całym kraju. Co więcej Rumuni po prostu odrzucają fakt współudziału swojego narodu w Holokauście. Dość spojrzeć na niedawne sondaże by uświadomić sobie rozmiar tego problemu. W 2017 roku aż 67 procent Rumunów deklarowało, że Holokaust (rozumiany jako systematyczne, prowadzone przez państwo prześladowanie i eksterminacja Żydów) nie miał miejsca w Rumunii. Jednocześnie, nawet ci, którzy skłonni byli przyznać, że Rumunia uczestniczyła w ludobójstwie ludności żydowskiej, w większości zastrzegali, że winę za to ponoszą tylko nazistowskie Niemcy. Nastroje te korelują bezpośrednio ze stosunkiem współczesnego społeczeństwa rumuńskiego do Żydów. Co drugi mieszkaniec tego karpackiego kraju uważa, że lepiej byłoby, gdyby mieszkający w Rumunii Żydzi wyjechali.

W takim właśnie kontekście społecznym, w tak silnie pogrążonym w denializmie historycznym kraju Radu Jude (reżyser m.in. doskonałego „Aferim!”) prezentuje w 2018 roku swój film pt. „Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy”. Obraz ten stanowi pierwszą w kinematografii rumuńskiej poważną próbę podjęcia problemu udziału Rumunów w Holokauście. Jude rozprawia się z tematem bezlitośnie i nie idzie na skróty. Jego film nie jest opowieścią historyczną, a portretem współczesnego, uciekającego od odpowiedzialności społeczeństwa rumuńskiego.

 

 

Fabuła filmu skupia się na młodej reżyserce teatralnej (Marian Marin), która przygotowuje przedstawienie, mające uświetnić zbliżające się święto państwowe. Ale Marin nie jest zainteresowana wystawieniem banalnego panegiryku na cześć rumuńskiej armii i jej bohaterów. Chce wykorzystać tę okazję by wstrząsnąć publicznością i zmusić ją do spojrzenia prawdzie w oczy. Planuje wystawić inscenizację zwycięskiej dla Rumunii bitwy o Odessę oraz następującej chwilę później masakry żydowskich mieszkańcach miasta. Wraz ze zbliżającą się premierą spektaklu pomysł reżyserki wzbudza coraz większe kontrowersje. Część aktorów zaczyna się buntować, a delegowany z ratusza urzędnik próbuje prośbą i szantażem odwieść Marianę od jej pomysłu lub zmusić do złagodzenia formy widowiska. Nawet sprzyjający w początkowych scenach filmu kochanek głównej bohaterki szybko przestaje rozumieć jej upór. Marin podejmuje jednak z każdym dyskusję, próbuję przekonać do swoich racji. W odpowiedzi zderza się z całym wachlarzem mniej lub bardziej racjonalnych argumentów. Oponenci reżyserki przechodzą przez klasyczny cykl faz wyparcia. Na początku negują udział Rumunów w zbrodniach, potem próbują je umniejszać, a wreszcie wyśmiać. – Zabiliśmy najwięcej Żydów po Niemcach? Zawsze musimy być drudzy! – mówi z sarkazmem jeden z bohaterów. Inni po prostu się od nich odcinają. Słysząc taką argumentację bohaterka zwraca jednak uwagę, że nie można być dumnym z osiągnięć wielkich rumuńskich twórców i artystów, a jednocześnie odrzucać pozostałą część narodowej spuścizny, do której niewątpliwie należy także Holokaust. Spektakl, choć dochodzi ostatecznie do skutku, ukazuje dobitnie efekty uciekania od odpowiedzialności i braku realnej debaty historycznej. Jest też jednoznacznym wezwaniem do „stanięcia w prawdzie” niezbędnego dla historycznego rozliczenia i oczyszczenia społeczeństwa. Jest to też najbardziej wstrząsający moment całego filmu. Scena, w której tłum widzów łapie „Żyda” i zwraca go „żołnierzom”, uderza i na długo zostaje w pamięci widza.

W filmie wykorzystano autentyczne zdjęcia i kadry filmowe z epoki. Chcąc upewnić się, że materiały te wywrą odpowiednie wrażenie na widzu, Jude stosuje prostą, ale skuteczną technikę. Otóż raz po raz oko kamery zatrzymuje się, zawiesza na przewijających się przez film fotografiach. Ujęcie takie trwa długo. Po kilku sekundach widz zaczyna odczuwać dyskomfort. Zastawia się, dlaczego obraz przedstawiający ofiary masakry w Odessie nie znika. Chwile później widok ten zaczyna go irytować, a następnie przerażać. Widz odwraca wzrok, ale zamrożony kadr nie znika. Wydaje się, że na tym właśnie miał polegać ten zabieg montażowy. Nie da się po prostu odwrócić głowy od prawdy. Zamknąć na nią oczu. Uciec w negację.

Jude ewidentnie stara się zadbać o to, by jego film nie popadł w patos ani banalne moralizatorstwo. To najpewniej z tego powodu zdecydował się na niezwykłą w przypadku tej tematyki formę komedio-dramatu. I niewątpliwie udało mu się tego uniknąć. Choć obraz ten trudno uznać za wybitne osiągniecie sztuki filmowej, to ogląda się go bardzo dobrze. Widz z rosnącym napięciem oczekuje wyniku konfrontacji młodej reżyserki z uciekającym od odpowiedzialności społeczeństwem i… kochankiem. Wydaje się, że wątek romansu głównej bohaterki stanowi nawiązanie do problemu wypierania faktów i unikania konsekwencji swoich czynów.

Dzieło Jude niewątpliwie należy polecić widzowi polskiemu. Nie tylko jest to po prostu przyzwoicie nakręcony film pozwalający lepiej poznać mało znaną kartę drugiej wojny światowej, ale także studium konsekwencji ucieczki przed historyczną prawdą, czyli problemu ogólnoludzkiego, przekraczającego granice Rumunii.

 

Premiera filmu już 27 września

Zachęcamy do obejrzenia zwiastuna filmu.


Powrót
Najnowsze

Warszawa: Litwini na Syberii. Wspomnienia Dalii Grinkevičiūtė

06.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Macron i Europa Środkowa, czyli samotność liberałów

05.12.2019
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

Rumunia. Wybory, których ostateczny wynik poznamy za rok

04.12.2019
Michał Torz
Czytaj dalej

Białoruś. Rozmowy o ludziach i reżimie #opartenafaktach

03.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Przekleństwo cara Iwana

03.12.2019
Maciej Jastrzębski
Czytaj dalej

Pogrzeb ostatnich synów Rzeczpospolitej Obojga Narodów

02.12.2019
Bartosz Chmielewski
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu