Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Wybory do Parlamentu Europejskiego – konsekwencje dla Ukrainy
2019-05-30
Andrzej Szeptycki

Wybory do Parlamentu Europejskiego i ich wyniki budzą zainteresowanie nie tylko w krajach członkowskich UE, ale także poza jej granicami – w szczególności na Ukrainie. Parlament Europejski ma wprawdzie ograniczone kompetencje w zakresie polityki zagranicznej Unii. Europejscy deputowani są natomiast często w sprawach zasadniczych bardziej kategoryczni niż Komisja Europejska czy Rada i Rada Europejska. Warto przypomnieć, że spośród instytucji UE jedynie Parlament trzykrotnie w swoich rezolucjach (niewiążących z perspektywy państw członkowskich) opowiadał się za uznaniem perspektywy członkostwa Ukrainy w UE. Rezolucje te przyjmowane były przy aktywnym udziale polskich europosłów, często znawców Ukrainy – w przeszłości do tego grona zaliczali się m.in. Paweł Kowal, Paweł Zalewski czy Marek Siwiec.

 

Z perspektywy Ukrainy największe znaczenie ma fakt, że wybory nie przyniosły w skali całej UE zwycięstwa eurosceptycznych populistów, często powiązanych z Kremlem. Wprawdzie populiści powiększyli swój stan posiadania z około 154 do 173 mandatów, ale nie będą w stanie zablokować prac Parlamentu, ani nie będą aktywnie kształtować jego agendy – zwłaszcza jeśli pozostaną podzieleni, jak w latach 2014–2019, na kilka grup politycznych. Inaczej wygląda sytuacja w poszczególnych państwach. Populiści wygrali we Włoszech (Liga Północna Matteo Salviniego) czy na Węgrzech, choć Fidesz nadal pozostaje formalnie częścią Europejskiej Partii Ludowej – być może już nie na długo.

Należy odnotować, że większość w Parlamencie straciły EPP i socjaldemokraci, których nieformalna „wielka koalicja” miała decydujący wpływ na prace izby. Obecnie te dwa największe ugrupowania będą musiały podjąć współpracę z „zielonymi” lub z liberałami, by zapewnić sobie większość. Fakt ten nie ma sam przez się konkretnych konsekwencji dla Ukrainy, ale może zmienić dynamikę prac PE. Może być trudniej podjąć określone decyzje, a duch politycznego konsensusu ustąpi miejsca rywalizacji politycznej. W efekcie również „sprawa ukraińska” może ulec upolitycznieniu – nie będzie już postrzegana przez pryzmat wartości UE, ale interesów poszczególnych ugrupowań.

Dwa najważniejsze państwa UE, współtworzące również „format normandzki”, to Niemcy i Francja. W RFN wygrała CDU-CSU, ale jej wynik jest o 6 procent słabszy niż w 2014 roku. Ponadto istotny sukces osiągnęli „zieloni”. Wynik wyborów przyczyni się zapewne do dalszego osłabienia Angeli Merkel, która powoli wybiera się na polityczną emeryturę (już w 2018 roku niemieccy chadecy wybrali nową przewodniczącą CDU Annegret Kramp-Karrenbauer). Niemiecka kanclerz będzie więc zapewne mniej aktywna niż w przeszłości. We Francji pierwsze miejsce zajęło Zgromadzenie Narodowe Marine Le Pen – formacji antyeuropejskiej, popierającej po 2014 roku rosyjską politykę wobec Ukrainy i wspieranej finansów przez Kreml. Jeśli ten trend nie ulegnie zmianie, można zakładać, że w wyborach prezydenckich w 2022 roku we Francji Le Pen zasiądzie w Pałacu Elizejskim. Taki scenariusz miałby istotne – niekorzystne z perspektywy Ukrainy – konsekwencje dla funkcjonowania „formatu normandzkiego”. Dlatego z perspektywy Ukrainy wskazane byłoby wykorzystanie jego potencjału, gdy jeszcze zasiadają w nim Angela Merkel i Emmanuel Macron – ten ostatni nie jest być może politykiem nazbyt przychylnym Ukrainie, ale z pewnością nie jest również prorosyjski. Trzeba również rozważyć wypracowanie alternatywnego formatu rozmów nad rozwiązaniem konfliktu w Donbasie.

W Polsce wybory potwierdziły wiodącą pozycję na scenie politycznej Prawa i Sprawiedliwości. Nie jest to dobry omen dla relacji polsko-ukraińskich, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę fakt, że Andrzej Duda nie wziął udziału w inauguracji Wołodymyra Zełenskiego. Wybory na Ukrainie mogły być dobrą okazją do „resetu” stosunków pomiędzy Polską a Ukrainą, niestety uniemożliwiają to spory historycznie. Część prawicowych środowisk w Polsce nie akceptuje nawet „symetryzmu” Zełenskiego, który z szacunkiem odnosi się do weteranów zarówno Armii Czerwonej, jak i UPA.

W nowym parlamencie – podobnie jak w 2014 roku – nie zasiądzie grono cenionych na Ukrainie promotorów współpracy Polski i UE z tym krajem. Sytuacja taka jest wynikiem szeregu czynników: Marek Siwiec opuścił politykę, podobnie jak Paweł Kowal. Michał Kamiński zasiada w polskim Sejmie. Paweł Zalewski miał kandydować, ale ostatecznie nie znalazł się na listach wyborczych PO. Pocieszający z perspektywy Ukrainy jest fakt, że wśród nowych polskich eurodeputowanych znajdzie się dwóch polityków wagi ciężkiej zainteresowanych sprawami ukraińskimi. To były przewodniczący Parlamentu Europejskiego i były premier Jerzy Buzek, a także wieloletni polski europoseł Jacek Saryusz-Wolski (dawniej PO, obecnie PiS). Byłoby dobrze, gdyby niezależnie od różnic politycznych, ci dwaj potrafili skutecznie promować interesy Polski i Ukrainy na forum PE.

 

Fot. Ilya (CC BY-SA 3.0) commons.wikimedia.org


Powrót
Najnowsze

Ukraina – walka o parlament

21.07.2019
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

93 lata temu zmarł Feliks Dzierżyński. W Rosji jego kult jest wciąż żywy

20.07.2019
Karolina Blecharczyk
Czytaj dalej

Zamiast fait accompli – chaos

18.07.2019
Mariusz Antonowicz
Czytaj dalej

Nadchodząca agonia systemu? Przedterminowe wybory parlamentarne na Ukrainie

17.07.2019
Marek Bogdan Kozubel
Czytaj dalej

Zwykły człowiek vs Rosja

16.07.2019
Tomasz Grzywaczewski Krzysztof Popek
Czytaj dalej

Zrzutka na Seferisa

16.07.2019
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu