Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Kraje bałtyckie 2018: Oaza spokoju?
2019-01-26
Dominik Wilczewski

Na tle pełnej bolączek i dylematów Europy Zachodniej kraje bałtyckie jawiły się w minionym roku jako oaza spokoju i stabilności. Po bliższym przyjrzeniu się, obraz sytuacji na miejscu staje się jednak bardziej złożony. Ale polityczne zawirowania, których nie brakowało, nie przeszkodziły Bałtom w radosnym świętowaniu stulecia niepodległości.

 

Mosty, a nie mury

Mimo istotnych różnic bliskość kulturowa, geograficzna i bardzo często wspólne doświadczenia historyczne decydują o tym, że w różnego rodzaju zestawieniach, rankingach i podsumowaniach kraje bałtyckie traktowane są niemal jak jeden organizm. Wspólnota losu połączyła je w 1918 roku, kiedy wszystkie trzy proklamowały niepodległość. Dla Republiki Litewskiej, uznającej się za spadkobierczynię dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, była to odbudowa państwowości po latach niewoli. Dla Łotwy i Estonii – debiut w roli niepodległych państw.

Miniony rok upłynął w krajach bałtyckich pod znakiem świętowania jubileuszu tamtych wydarzeń. Nie ograniczyło się ono tylko do celebracji kolejnych Dni Niepodległości, ale trwało znacznie dłużej, angażując mieszkańców dużych miast i prowincji, a także diasporę zagranicą. Skala społecznego zaangażowania – zwłaszcza na Litwie – w obchody stulecia zaskoczyła nawet tamtejszych historyków. „Okazało się – choć nikt tego nie oczekiwał, ani nie planował – że samo państwo jest dla wielu ludzi wartością”. – powiedział w rozmowie z portalem „Przegląd Bałtycki” znany litewski historyk prof. Alvydas Nikžentaitis.

Z okazji jubileuszu Wilno, Rygę i Tallinn odwiedzali ważni europejscy przywódcy. Nie obyło się bez zgrzytów, gdy z podróży na Łotwę musiała zrezygnować prezydent Litwy Dalia Grybauskaitė, z uwagi na… awarię rządowego samolotu. Bez problemów technicznych odbyła się natomiast wizyta innego gościa – we wrześniu kraje bałtyckie odwiedził papież Franciszek. Rzecz jasna, inne oczekiwania względem tej wizyty żywiono na w większości katolickiej Litwie, inne w mieszanej wyznaniowo Łotwie, a inne w tradycyjnie protestanckiej, a obecnie głównie bezwyznaniowej Estonii.

Wydaje się, że papież dobrze odrobił lekcję z najnowszej historii krajów bałtyckich: wspominał o cierpieniach, jakich ich mieszkańcy zaznali w czasie II wojny światowej i pod rządami Sowietów, o zsyłkach na Syberię i prześladowaniu wierzących. W Wilnie, próbując niejako pogodzić dwie osobno funkcjonujące pamięci, modlił się najpierw przy pomniku ofiar Holokaustu, a następnie w dawnej siedzibie KGB, gdzie więziono litewskich patriotów. Papieskie przemówienia, choć może nie były porywające, wpisywały się w to, co stało się już znakiem firmowym tego pontyfikatu: nawoływanie do odnalezienia w najbliższym sobie środowisku osób potrzebujących pomocy: starszych, samotnych, chorych, otwarcie się na innych – cudzoziemców, migrantów. Budowanie mostów w miejsce murów.

 

Ratas, Kallas i... Kallas?

Głusi na apele papieża do większej otwartości wobec obcych są chyba potencjalni wyborcy Estońskiej Konserwatywnej Partii Ludowej (EKRE), która w minionym roku umocniła się na pozycji trzeciej siły w przedwyborczych sondażach (w wyborach w 2015 roku zdobyła 8 procent głosów, dziś może liczyć na poparcie niemal 20 procent wyborców). Partia nie zgadza się na relokację w Estonii uchodźców w ramach systemu kwotowego, ale swą niechęć przenosi także np. na migrantów zarobkowych z Ukrainy. EKRE nie kryje również awersji w sprawie legalizacji związków osób tej samej płci, a jej przedstawiciele wzięli udział w ubiegłorocznym Marszu Niepodległości w Warszawie.

EKRE to – delikatnie mówiąc – eurosceptycy. Unię w obecnym kształcie w zasadzie odrzucają, a co najmniej ostro ją krytykują za tendencje federalistyczne i wtrącanie się w wewnętrzne sprawy państw członkowskich. W najbliższych wyborach do Riigikogu, które odbędą się 3 marca, będą liczyć na poparcie „elektoratu protestu”, tych wyborców, którzy są „przeciw wszystkim” i tych, którzy rozczarowali się partiami głównego nurtu. Dla żadnej z głównych partii nie są pożądanym partnerem koalicyjnym. Sytuacja może jednak zmienić się po wyborach, gdy rozmowy o utworzeniu rządu zakończą się fiaskiem – wtedy głosy frakcji EKRE mogą okazać się potrzebne.

Do zwycięstwa w wyborach pretendują dwa główne ugrupowania: rządząca (wraz z dwoma koalicjantami) Partia Centrum premiera Jüriego Ratasa i opozycyjna Partia Reform, na czele której w ubiegłym roku stanęła Kaja Kallas. Poparcie dla centrystów w ubiegłym roku zaczęło pikować, głównie za sprawą niezadowolenia wywołanego reformą systemu podatkowego (w tym wprowadzenie elementów progresji podatkowej), ale ostatnio partia zaczęła odrabiać straty. Ratasowi, choć nie rządzi w sposób porywający, udało się utrzymać ugrupowanie w ryzach. I co ważniejsze, Partia Centrum na dobre pozbyła się już etykietki siły prorosyjskiej, którą przez lata utrzymywała głównie za sprawą kontrowersyjnego lidera Edgara Savisaara (obecnie już poza partią).

Kaja Kallas natomiast musiała dopiero zbudować swoją pozycję w Partii Reform, targanej sporami frakcyjnymi już od paru lat – od kiedy jej wieloletni lider, premier Estonii w latach 2005–2014 Andrus Ansip zrezygnował z funkcji na rzecz posady w Komisji Europejskiej. Kallas jest trzecią przewodniczącą w ciągu ostatnich trzech lat. Jej nazwisko dużo znaczy w estońskiej polityce – jej ojciec Siim Kallas był premierem na początku XXI wieku, a później pierwszym estońskim komisarzem UE. Nie jest ona nowicjuszką polityczną, chociaż przez ostatnie lata sprawom estońskim przyglądała się z fotela europarlamentarzystki. Dziś swoją pozycję buduje głównie na krytyce potknięć rządu Ratasa, licząc że po marcowych wyborach przejmie od niego premierowską pałeczkę.

Szyki „starym” partiom może pokrzyżować nie tylko nieprzewidywalne EKRE, ale także zupełnie nowe ugrupowanie – Estonia 200, kierowane przez Kristinę Kallas (zbieżność nazwisk przypadkowa). Pierwsze sondaże przeprowadzone po powołaniu do życia tego ugrupowania na jesieni ubiegłego roku przewidują, że może ono przekroczyć 5-procentowy próg wyborczy. Ze swoim technokratycznym programem Estonia 200 chce przekraczać ideologiczne podziały. Kristinie Kallas, pracującej jako dyrektor kolegium w przygranicznej Narwie, znane są też problemy mniejszości rosyjskojęzycznej. W partii brak jest doświadczonych polityków. Do wyjątków należy Margus Tsahkna, uciekinier z konserwatywnej Ojczyzny. Ta ostatnia, kierowana niegdyś przez ojca estońskich reform gospodarczych Marta Laara, zaliczyła duży spadek w sondażach i może mieć problemy z obroną miejsca w parlamencie.

 

Rząd tymczasowy bez końca

Łotysze wybory parlamentarne mają już je za sobą. Na koniec starego roku zostali jednak ze starym rządem i premierem Mārisem Kučinskisem. Partie, które w październikowych wyborach trafiły do parlamentu przez prawie trzy miesiące nie były w stanie wyłonić koalicji rządzącej (kryzys przeciągnął się na nowy rok i dopiero w ubiegłym tygodniu udało się powołać nowy gabinet). Z negocjacji wyłączono zwycięską Socjaldemokratyczną Partię „Zgoda”. Kierowana przez mera Rygi Niła Uszakowa jest przede wszystkim reprezentantką społeczności rosyjskojęzycznej. Niejasne powiązania z Rosją (np. wieloletnia, choć niedawno zerwana umowa o współpracy z putinowską Jedną Rosją) sprawiają, że partia nie jest dopuszczana do władzy.

Wybory oznaczały erozję dotychczasowego systemu partyjnego. Przyniosły one porażkę dwóm siłom współtworzącym rząd Kučinskisa: Związku Zielonych i Rolników (z szeregów której wywodził się premier, jak i urzędujący prezydent Raimonds Vējonis) oraz Jedności (obecnie Nowa Jedność). To drugie ugrupowanie w ostatnich latach pogrążyło się w wewnętrznych sporach i może jedynie wspominać sukcesy z czasów, gdy kierował nim Valdis Dombrovskis – niegdyś premier, a obecnie wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej. Jedności udało się jednak dołączyć do powstającej po wyborach nowej koalicji, podczas gdy Zieloni i Rolnicy zostali wypchnięci do roli partii opozycyjnej.

Na scenie pojawiły się za to nowe ugrupowania, które z racji dobrego wyniku należało brać pod uwagę przy tworzeniu nowego gabinetu: populistyczna „Do Kogo Należy Państwo?” (KPV LV) oraz Nowa Partia Konserwatywna. Obie szły do wyborów z obietnicami rozliczenia aferzystów. A afer nie brakowało – w ubiegłym roku Łotysze musieli przełknąć gorzką pigułkę, gdy nazwa ich kraju w światowych mediach padała głównie w kontekście gigantycznego skandalu bankowego. W marcu prezes łotewskiego banku centralnego Ilmārs Rimšēvičs został zatrzymany pod zarzutem przyjęcia łapówki od jednego z banków komercyjnych. Jednocześnie doszło do likwidacji banku ABLV po tym, gdy amerykańskie służby finansowe uznały, że uczestniczy on w procederze prania brudnych pieniędzy.

Emocje zapewnił też kontrowersyjny minister oświaty Kārlis Šadurskis, który przygotował ustawę przewidującą stopniowe przechodzenie szkół średnich mniejszości narodowych całkowicie na język łotewski do roku 2022. Na nic zdały się – tym razem dosyć niemrawe – protesty społeczności rosyjskojęzycznej. Uszakow i „Zgoda” nie poparli nowego prawa, ale też nie opierali się mu zbyt stanowczo, w przeciwieństwie do znacznie bardziej radykalnej Tatiany Żdanok, która dzięki temu ugrała nieco więcej głosów w wyborach. Natomiast pod koniec roku zmęczeni przedłużającymi się negocjacjami koalicyjnymi Łotysze zajęli się roztrząsaniem w Internecie kwestii lustracji – odchodzący parlament tuż przed końcem kadencji uchwalił ustawę, na mocy której ujawnione zostały dane osób zarejestrowanych jako tajni współpracownicy KGB.

 

Kto po Dalii?

Na Litwie rok 2018 kończył i zaczynał się protestami różnych grup zawodowych. W styczniu swoje niezadowolenie z wynagrodzeń i warunków pracy demonstrowali lekarze-rezydenci, w grudniu – nauczyciele (najbardziej wytrwali przez parę tygodni okupowali siedzibę Ministerstwa Edukacji). Rządowi Sauliusa Skvernelisa udawało się doraźnie gasić te pożary, np. rzucając na pożarcie opinii publicznej niepopularną szefową resortu edukacji, a wraz z nią jeszcze dwoje ministrów. Cała trójka w grudniu pożegnała się ze stanowiskami. Utrzymał je natomiast znany jako orędownik ograniczenia sprzedaży alkoholu minister zdrowia Aurelijus Veryga.

Protesty zachwiały dosyć wysokimi dotychczas słupkami poparcia dla Skvernelisa, który zwlekał z ogłoszeniem decyzji, czy wystartuje w zaplanowanych na maj 2019 roku wyborach prezydenckich (zrobił to dopiero kilka dni temu). W międzyczasie wyrosło mu dwoje silnych konkurentów w osobach kandydatki opozycyjnego Związku Ojczyzny Ingridy Šimonytė i niezależnego Gitanasa Nausėdy. Tymczasem kierujący z tylnego siedzenia rządem lider Litewskiego Związku Rolników i Zielonych Ramūnas Karbauskis wdał się w ostry spór z mediami, pilnie śledzącymi jego liczne interesy (jest on jednym z najbogatszych litewskich przedsiębiorców). Nie udało mu się jednak przepchnąć przez parlament zmian w sposobie zarządzania publiczną telewizją LRT – które choćby w ocenie Europejskiej Unii Nadawców mogą doprowadzić do utraty niezależności i upolitycznienia publicznych mediów.

Nie brakowało w życiu politycznym i innych emocji. Wzbudziło je choćby ujawnienie w mediach korespondencji mailowej prezydent Dalii Grybauskaitė z niegdysiejszym liderem Ruchu Liberałów Eligijusem Masiulisem prowadzonej w latach 2014–2016. Okazało się, że głowa państwa miała próbować zakulisowo wpływać na decyzje podejmowane w litewskim parlamencie. Chociaż prezydencka kancelaria nie zdecydowała się na szersze skomentowanie sprawy, to na pewno zachwiała ona mocno autorytetem Grybauskaitė. Masiulis natomiast zasiadł na ławie oskarżonych w ciągnącej się już od ponad dwóch lat aferze korupcyjnej. Były lider Liberałów oskarżany jest m.in. o przyjmowanie korzyści majątkowych od koncernu MG Baltic. Ujawnienie nowych faktów w tej sprawie znacznie pogrążyło już Liberałów, dla których obecna kadencja w litewskim Sejmie będzie zapewne ostatnią.

W przerwach między politycznymi igrzyskami Litwini korzystali do zamanifestowania jedności przy okazji świętowania historycznych rocznic. Szczególnie efektownie wypadło tradycyjne lipcowe Święto Pieśni i Tańca, któremu z racji jubileuszu stulecia niepodległości nadano wyjątkową oprawę. Nieoczekiwany podarunek sprawili naukowcy, który odnaleźli miejsce pochówku dowódcy antysowieckiego podziemia Adolfasa Ramanauskasa „Vanagasa”. Legendarny partyzant, zamordowany w 1957 roku przez Sowietów został wówczas pochowany w bezimiennej mogile. W cieniu jego ponownego pogrzebu – tym razem państwowego i uroczystego – pojawiły się jednak głosy krytyczne, mówiące że historia partyzanckiej walki Litwinów z Sowietami nie jest czarno-biała, a niektórzy z bohaterów mieli też niewinną krew na swoich rękach.

***

Łotysze w Nowy Rok wkroczyli bez rządu, Estończyków i Litwinów czekają ich własne wybory, które zdecydują, w jakim kierunku będą podążać ich kraje w kolejnych latach. We wszystkich trzech odbędą się również wybory do Parlamentu Europejskiego. A co na to Polska? Warszawę, jak zawsze, ze wszystkich krajów bałtyckich najbardziej interesowała Litwa. I tutaj można mówić, jeśli nie o przełomie, to na pewno o poważnym zwrocie: po latach ochłodzenia pojawiły się wyraźne sygnały zbliżenia. Strona polska przestała stawiać sprawy naszych rodaków na Litwie na ostrzu noża, za to zaczęła pilniej przyglądać się finansom tamtejszego Związku Polaków, które okazały się niezbyt przejrzyste…

 

Artykuł jest częścią cyklu Podsumowania 2018 roku „Nowej Europy Wschodniej”, w ramach którego opublikowaliśmy również teksty dotyczące:

 

Fot. Lokal_Profil (cc by-sa 2.5) commons.wikimedia.org


Powrót
Najnowsze

Piosenka ludowa o transformacji

23.09.2019
Sylwia Siedlecka
Czytaj dalej

Pomóż ratować Zamek w Wojnowicach

22.09.2019
NEW
Czytaj dalej

Donald Trump – osamotniony dyplomata

21.09.2019
Adam Reichardt Ivo Daalder
Czytaj dalej

Nikt nie chce być barbarzyńcą

19.09.2019
Kamil Całus
Czytaj dalej

Wrocław: Od Republiki Weimarskiej do II Wojny Światowej

19.09.2019
NEW
Czytaj dalej

Rola intelektualistów w Europie zanika

16.09.2019
Drago Jančar Nikodem Szczygłowski
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu