Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Śladami przodków
2018-06-22
Antoni Radczenko, Aleksander Radczenko

Obwód tomski w 1979 roku nawiedziły silne deszcze i nad rzeką Ob osunęła się skarpa, w której 40 lat wcześniej pogrzebano rozstrzelanych wieśniaków z Białegostoku. Ciała popłynęły rzeką. Przez lata leżały w wiecznej zmarzlinie, więc wyglądały, jak świeże zwłoki. To tylko jedna z historii Polaków w tym miejscu.

Tomsk powitał nas deszczem. Już pas startowy lotniska „robił wrażenie”. Pełen dziur i łat, przypominał lotniska w Etiopii czy Boliwii. Nieduże tomskie lotnisko zaś podobne było do prowincjonalnego dworca niż portu lotniczego z prawdziwego zdarzenia. Taksówka do centrum, oddalonego o jakieś 30 kilometrów miasta, kosztowała nas 800 rubli czyli równowartość 11 euro. Tanio jak barszcz. Okazało się, że i tak przepłaciliśmy dwukrotnie. Tydzień później na lotnisko dojechaliśmy za 450… Już po drodze taksówkarz nas ucieszył.

Macie szczęście! Pogoda w ostatnich dniach poprawiła się! – oświadczył.

Był początek czerwca, za oknem lało jak z wiadra, a termometr wskazywał +12 stopni Celsjusza…

Dojechaliśmy do ojca Wojciecha.

 

Bo była potrzeba

Nie przyjechaliśmy tutaj po to, aby kogoś nawracać na demokrację. Tylko, aby służyć wiernym katolikom. I tego się trzymamy mówi jezuita, ojciec Wojciech Ziółek, który od trzech lat opiekuje się parafią Matki Bożej Królowej Różańca Świętego w Tomsku. Jest filozofem, teologiem, biblistą, w latach 20082014 był przełożonym Prowincji Polski Południowej Towarzystwa Jezusowego.

Kościół w Tomsku góruje nad miastem. Został wybudowany na Górze Zmartwychwstania, w samym centrum miasta. W Rosji jest to prawdziwy ewenement, bo nad prawosławnym miastem góruje katolicka świątynia.

Kościół został zbudowany po powstaniu listopadowym, bo wtedy przyjechało do Tomska wiele „wycieczek z Polski w jedną stronę” opowiada ks. Wojciech Ziółek Trzeba też powiedzieć, że w Tomsku osiedlali się nie tylko Polacy-zesłańcy. Przyjeżdżało wielu architektów, prawników, lekarzy, ponieważ mieli na Syberii większe możliwości rozwoju, kariery. Przed rewolucją jedną trzecią mieszkańców stanowili katolicy, przede wszystkim Polacy, i to oni to miasto tworzyli. Car „dbał”, aby na Syberii Polaków nie zabrakło. „Dbała” o to i władza sowiecka” mówi ksiądz.

Kościół leży przy ulicy… Michaiła Bakunina, która kończy się przy placu… Lenina, na którym do dnia dzisiejszego stoi pomnik lidera bolszewickiej rewolucji.

Na całe szczęście nie pokazuje w naszą stronę” śmieje się ojciec Wojciech.

Rzeczywiście, Lenin wskazuje na rzekę Tom

Tutaj się mówi, że na Syberii zima jest sroga, lato – upalne, ale za to wiosna piękna… Guzik prawda. Wiosną tu ciągle leje i wszystko przekształca się w jedno duże bagno – mówi duchowny.

Więc dlaczego tutaj przyjechał?

Aby zdobyć dokumenty na pobyt czasowy w Rosji, musiałem przejść komisję lekarską – tłumaczy. – W ciągu 20 minut obejrzało mnie siedmiu lekarzy. Żaden mnie nie dotknął, poza panią która pobierała krew. Nikt nic prócz imienia i nazwiska mnie nie pytał. Zapytał tylko psychiatra: „Dlaczego ksiądz tutaj przyjechał?”

Mówi, że przyjechał, bo była taka potrzeba.

Byłem prowincjałem jezuitów w południowej Polsce i okazało się, że przejmujemy tę parafię i szkołę w Tomsku – wyjaśnia dalej. – Prowincjał rosyjski zaprosił mnie, abym przyjechał i zobaczył. Poproszono mnie o przysłanie człowieka, który zająłby się tomską parafią. Przyjechałem, zobaczyłem i napisałem piękny list do moich współbraci, że w Tomsku, na dalekiej Syberii, jest taka potrzeba, żeby się nie bać, żeby się zgłaszać. Chętnych nie było zbyt wielu. I zgłosili się ci, którzy i tak byli zajęci, którzy i tak mieli dużo roboty i mieli odpowiedzialne funkcje. Nie mogłem ich tu wysłać. A mi się w Tomsku spodobało mówi ks. Wojciech Ziółek.

Czy Tomsk może się komuś naprawdę spodobać?... Pewnie mógłby być pięknym miastem. Pozostało w nim wiele pięknych, drewnianych, XIX-wiecznych budynków. I nawet lokalne władze czynią jakieś próby tej całej pięknej spuścizny uporządkowania, a miejscowi mieszkańcy próbują nadać swojemu miastu jakiś wyraz (stąd między innymi mnóstwo różnych dowcipnym pomników: Pomnik Szczęścia, Pomnik Piłkarza, Pomnik Milicjanta), ale tak jakoś po sowiecku, bez ładu i składu. Więc te próby przełamania nonsensu, nadania miastu wyrazu rozmywają się i w bezgranicznym morzu nicości, bylejakości. W 1890 roku w Tomsku, w czasie podróży na Sachalin, zatrzymał się słynny rosyjski dramatopisarz Anton Czechow. W jednym z listów z podróży odnotował: „Tomsk – miasto smutne i nudne, niewarte uwagi”. Te słowa są nadal aktualne. Nieprzypadkowo obrażeni mieszkańcy miasta „odwdzięczyli się” pisarzowi, stawiając mu nad brzegiem rzeki Tom’ prześmiewczy pomnik, przedstawiający Czechowa „z perspektywy leżącego w rowie przydrożnym pijaka”…

Po trzech latach pracy w Rosji sądzę, że obrażanie się to narodowy sport Rosjan. Wystarczy, że ksiądz coś powie nie po naszej myśli, człowiek obraża się i odchodzi z kościoła. To właśnie świadczy o kruchości, świeżości wiary – zauważa ks. Wojciech Ziółek.

 

Syberia à la Szczerek

Obok kościoła, na przeciwległym wzgórzu, znajduje się miejskie Muzeum Historyczne, którego jedynym interesującym akcentem jest sala poświęcona pisarzowi Aleksandrowi Wołkowowi. Wołkow w swoim czasie przetłumaczył na rosyjski słynną książkę o czarnoksiężniku z krainy Oz L. Franka Bauma i wydał ją jako własne dzieło, stając się jednym z najważniejszych pisarzy dla dzieci w Związku Sowieckim. W tej salce ze ściany, ku przerażeniu zwiedzających, co jakiś czas wyjeżdża... gadająca (właściwie: wrzeszcząca) głowa w zielonej marynarce. I nie jest to głowa profesora Doyle’a, tylko pisarza Wołkowa właśnie. To jest tak absurdalne, jakby zostało żywcem wyjęte z prozy… Ziemowita Szczerka. W ogóle przez całą naszą podróż po Syberii mieliśmy nieodparte wrażenie, że jesteśmy bohaterami jakiejś nowej książki Szczerka. Ten sam klimat bezsensu, absurdu, groteski jak w Przyjdzie Mordor i nas zje czy w Tatuażu z tryzubem. Jedziemy przez wiele godzin, nie zważając na kłody rzucane pod nogi przez los, i znajdujemy duże Nic, w którym ulica Lenina krzyżuje się z ulicą Kirowa, ulica Sowieckaja z ulicą Dzierżyńskiego…

W Semilłużnoje, wsi w obwodzie tomskim, emerytowany policjant wybudował replikę kozackiego ostrogu – takiej rosyjskiej wersji północnoamerykańskich blockhouse’ów. W swoim czasie ostrogi służyły podczas konkwisty Syberii za obozy warowne Cesarstwa Rosyjskiego na bezkresach tajgi. Pojechaliśmy tam. Replika robi dziwne wrażenie – z jednej strony wiernie odtwarza XVII-wieczne realia: jest cerkiew, dwie wieże, izba wojewody, zbrojownia. Z drugiej jest wypełniony jakimiś rupieciami, dziwnymi rzeźbami półnagich rusałek i niedźwiedzi… Jeszcze dziwniejsze wrażenie robi właściciel tego miejsca.

Podjechał do nas jeepem, gdy zastanawialiśmy się, jak się do środka twierdzy dostać. Wysoki, brodaty, w szerokiej ludowej, wyszywanej rubachie podpasanej sznurkiem.

No, czego szukacie? – zapytał donośnym basem.

Chcielibyśmy obejrzeć ostróg – odparliśmy nieśmiało.

Widzę, że nie tylko obejrzeć – odparł wskazując na aparat fotograficzny. Wpadajcie, zrobię wam krótką wycieczkę.

O ostrogu i rosyjskiej konkwiście Syberii mówił krótko, o walce Dobra i Zła – dużo dłużej. Jedna myśl goniła drugą, przeskakiwał z jednego tematu na drugi i z powrotem. Generalnie jego manichejska wizja światu sprowadzała się do lapidarnego: My i Oni. Oni czyli wszelkie zło, ale przede wszystkim islam. My czyli biała, chrześcijańska cywilizacja. Ale też Chińczycy. Musimy być razem i przeciwstawić się Złu.

Wiem, że między naszymi krajami się nie układa – powiedział, gdy się dowiedział, że jesteśmy z Litwy. Ale to wina polityków. Musimy być razem, musimy tworzyć więzi takiej ludowej dyplomacji, prości ludzie z prostymi ludźmi, a wtedy jak politycy zobaczą, że prosty lud się dogadał, to nie będą mieli wyboru – też będą musieli się dogadać. A nam z wami przecież nie ma czego dzielić. Różnie tam w historii bywało. Raz wy nas biliście, raz my was. Ale nam waszej ziemi nie trzeba, a wam – naszej.

 

Ludzie ze wsi Kopanoje Oziero

W nocy z 2 na 3 października 1951 roku enkawudziści otoczyli pewną zamożną zagrodę we wsi Wołkowszczyzna pod Wilnem. Dostali kilka godzin na spakowanie dobytku i pojechali w nieznane. Nasz dziadek Aleksander, babcia Janina, nasi wujowie Ireneusz, Wincenty, Jan, ciocia Krystyna i najmłodsza córka, a nasza mama, Maria, która w chwili udania się na zesłanie miała zaledwie 3 latka, po kilku tygodniach tułaczki trafili do obwodu tomskiego, do wsi Kopanoje Oziero. Ta miejscowość w środku syberyjskiej tajgi stała się dla nich domem na długie cztery lata. Na całą rodzinę dostali jeden pokój w baraku, który służył jako kuchnia, sypialnia i salon, a w zimie też jako chlewik. Miejscowi Rosjanie, których jako wrogów ludu zesłano w to miejsce jeszcze w połowie lat trzydziestych XX wieku, pocieszali przybyszy z dalekiej Litwy: „Macie szczęście, że są baraki. Gdy nas zesłano – nie było tu nic, sami musieliśmy wykopać ziemianki i przez kilka lat w nich mieszkaliśmy!”

Od dawna planowaliśmy wyjazd śladami mamy i jej rodziny. Przed kilkoma miesiącami stwierdziliśmy, że nie ma co sprawy odkładać, kupiliśmy bilety lotnicze, załatwiliśmy wizy i ruszyliśmy w podróż. Przez Moskwę do Tomska, a następnie – taki był plan — jeepem do Kopanoje Oziero. I po raz kolejny się przekonaliśmy, jak sprawiedliwe jest przysłowie: Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach… Najpierw nie udało nam się w Tomsku wynająć żadnego auta z napędem na cztery koła, a gdy już dotarliśmy do leżącego w 30 kilometrach od Kopanoje Oziero miasteczka Podgornoje i znaleźliśmy kierowcę terenówki, który zgodził się nas tam zawieźć, okazało się, że drogi są całkowicie nieprzejezdne. Do Kopanoje Oziero można trafić samochodem tylko zimą, a latem – co najwyżej śmigłowcem…

Ze wsi Kopanoje Oziero pochodzi ksiądz o litewskich korzeniach Wiktor Bilotas. Jego dziadek, Adomas Bilotas, został zesłany do Kopanoje Oziero w tym samym czasie, co nasi dziadkowie. W ramach operacji „Osien’”. Jednak nie wrócił na Litwę po rehabilitacji, tylko pozostał na Syberii. Jego wnuk, Wiktor, ukończył szkołę w Podgornoje, następnie wydział gospodarki leśnej na Politechnice w Krasnojarsku, odbył zasadniczą służbę wojskową i… przyszedł do Boga. „Usłyszałem jakiś głos wewnętrzny, jakiś nakaz, przejawiający się w słowach Jezusa Chrystusa z Ewangelii: „Porzuć wszystko, weź swój krzyż i idź za mną” wspominał po latach. Rzucił wszystko i wstąpił do seminarium duchownego, następnie studiował w Watykanie. Pracował w Nowosybirsku i Tomsku, ale jednak ostatecznie kościół opuścił.

 

Polskij kaścioł” w Tomsku

Być katolickim kapłanem na Syberii – to bardzo trudna misja – wyjasnia ojciec Wojciech Ziółek z Tomska. – Naszym wrogiem jest tu samotność. Parafie są olbrzymie, ale parafian niewielu. I w takiej parafii ksiądz się czuje opuszczony przez wszystkich. My, tutaj w Tomsku, mamy luksus, bo jest nas trzech: dwaj księża z Polski i ojciec Michael z USA, więc przynajmniej możemy się ze sobą pokłócić, a gdy ksiądz jest w parafii jeden, a do najbliższego kolegi – kilkaset kilometrów… – wyjaśnia.

Tomsk rzeczywiście jest ewenementem nie tylko na skalę Syberii, ale i całej Rosji. W niedzielę w kościele pod wezwaniem Matki Bożej Królowej Różańca Świętego są trzy msze, na które przychodzi 300-350 osób, w tym sporo dzieci i młodzieży. Nawet w porównaniu z katedrą w Nowosybirsku, to bardzo dużo. W Tomsku działa jedna z dwóch w Rosji szkół katolickich. Jest sporo nawróceń.

W Rosji bardzo często ludzie zadają jeden drugiemu pytanie, którego w Polsce nikt nie zada: jak ty przyszedłeś do Boga? – tłumaczy Ziółek. – W Polsce czy na Litwie jest ono nieaktualne, ponieważ od dziecka jesteśmy wychowywani w pewnym systemie wiary. Tutaj natomiast są wzruszające historie. Wielu przychodzi do nas, ponieważ u nas jest wszystko po rosyjsku. Wszystko rozumieją, ponieważ to nie jest język starocerkiewny. Podoba się im, że jesteśmy przodem do ludzi. Znak pokoju na wielu robi ogromne wrażenie, że przychodzi ktoś do kościoła, nikogo tu nie zna, a tu mu podają rękę – mówi ks. Wojciech Ziółek.

 

Syberyjski Białystok

W kwietniu 2017 roku w leżącej w pobliżu (na Syberii wszystko co leży w promieniu 200-300 kilometrow jest uważane za pobliża) Tomska wsi Białystok spłonął unikatowy drewniany katolicki kościół pod wezwaniem św. Antoniego Padewskiego. Był to jedyny drewniany katolicki kościół, który zachował się na Zachodniej Syberii. W samej tomskiej guberni na początku XX wieku było ich kilka, lecz zostały zniszczone w ramach tzw. operacji polskiej NKWD. Świątynię w Białymstoku w latach 1908-1910 budowali polscy osadnicy z guberni wileńskiej, którzy dobrowolnie przybyli na Syberię na przełomie XIX i XX wieku. Założyli wieś i nazwali ją na cześć Białegostoku w Polsce. Za cara mieli dobrze, za Sowietów – pod górkę. Opierali się kolektywizacji i walczyli o zachowanie swojej polskiej tożsamości oraz religii katolickiej. Na skutki nie trzeba było długo czekać.

W 1938 roku przyjechało NKWD i jak w Betlejem zabrało wszystkich mężczyzn i chłopców od 13-14 roku życia – mówi Ziółek. – Zostały same kobiety. I dzieci. W maju 1979 roku, obwód tomski nawiedziły silne deszcze i nad rzeką Ob‘ osunęła się skarpa, w której 40 lat wcześniej pogrzebano rozstrzelanych wieśniaków z Białegostoku. Ciała popłynęły rzeką. Przez lata leżały w wiecznej zmarzlinie, więc wyglądały, jak świeże zwłoki. Milicji nie było, bo wszyscy byli na pochodzie pierwszomajowym, więc wezwano wojsko, które wyłapywało ciała. Żołnierze przywiązywali im kamienie do nóg i wszystkie ciała poszły na dno. Następnie wojsko ogrodziło teren, założyło ładunki wybuchowe i osunęło resztę skarpy do wody opowiada ks. Wojciech Ziółek.

W tym samym 1938 roku kościół w Białymstoku został zamknięty i rozgrabiony. Zdjęto krzyż, a budynek był wykorzystywany najpierw jako spichlerz, następnie służył za wiejski klub. Dopiero w roku 1990 świątynię zwrócono wspólnocie katolickiej. Jego odbudową zajmuje się parafia w Tomsku i osobiście ksiądz Wojciech Ziółek.

Przyjechałem tu, bo gdy byłem w Tomsku po raz pierwszy wydało mi się, że wszystko jest tu w dobrym stanie, nie trzeba robić żadnych remontów, a ja właśnie remontów najbardziej nienawidzę. Co prawda odkąd przyjechałem, to ciągle trwają jakieś naprawy i budowy… Architekci już zrobili nam projekt murowanego kościoła w Białymstoku. Jednak nie możemy go zaakceptować, ponieważ kosztorys opiewa na 240 tys. euro. Jak na wioseczkę, gdzie do kościoła przychodzi kilkanaście osób, budowanie dużego murowanego kościoła byłoby grzechem. W związku z tym zbudujemy o wiele mniejszy i drewniany kościół, na który nie trzeba będzie zbyt wiele dozbierać mówi nam o. Ziółek.

Zbiórka pieniędzy na odbudowę kościoła w Białymstoku już przyniosła 80 tys. Euro. Nadal trwa.


Aleksander Radczenko, Antoni Radczenko


Polecamy inne artykuły autora: Antoni Radczenko
Polecamy inne artykuły autora: Aleksander Radczenko
Powrót
Najnowsze

Zagrożenie od morza

10.08.2018
Paweł Kost
Czytaj dalej

Dżihadyści nie chcą wojny

08.08.2018
Zbigniew Rokita Marcin Mamoń
Czytaj dalej

Historiozofia nieustającej walki

02.08.2018
Marek Wojnar
Czytaj dalej

Kwestia karelska

30.07.2018
Juliusz Dworacki
Czytaj dalej

Wojna o ukraińską tożsamość

27.07.2018
Paweł Kost
Czytaj dalej

Grant dla polskich dziennikarzy

25.07.2018
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu