Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Z domu do domu?
2018-05-04
Damian Markowski

Omawianą książkę wziąłem do ręki z tym większą ciekawością, że dotąd nieznane mi były historyczne pasje Krzysztofa Ziemca. W pierwszej chwili nazwisko to nieodłącznie kojarzy się z dziennikarstwem informacyjnym i codziennymi serwisami „Wiadomości”. Stąd też jego reportaż, a może raczej kolaż poświęcony ofiarom akcji „Wisła”, stanowił dla mnie pewną niespodziankę. To kolejny już reportaż po książce Pawła Smoleńskiego dotyczący losów wypędzonych w 1947 roku.

Od pierwszych akapitów można poznać, że autor czuje opisywany temat, a zmierzenie się z niełatwym zadaniem dotarcia do ofiar jednej z największych akcji represyjnych na ziemiach polskich w XX wieku potraktował jako wyzwanie. Z łatwością można wychwycić, kiedy piszący książkę przesiąkł jej klimatem i „misją”. Tak, misją, ponieważ umiejętność ujmowania w słowa trudnych wydarzeń, związanych z nimi emocji, ludzkich historii, dramatów, pogmatwanych losów, jest właśnie misją. Misją, której wypełnienie nie jest dane każdemu. Pod tym względem Krzysztof Ziemiec stanął na wysokości zadania.

Ciekawe jest także poznawanie samego autora, dotąd kojarzonego raczej z rolą prezentera telewizyjnego. Na kolejnych stronicach Ziemiec jest wiarygodny w swej narracji, w opiniach jest sprawiedliwy, w argumentacji przekonujący. I poznajemy go przez łamy książki właśnie jako kogoś obecnego i wrażliwego. Z punktu widzenia reportażu, szczególnie pozytywne wrażenie odnosi się po tym, jak bardzo autor potrafił dotrzeć do swoich bohaterów, wydobyć z nich niezwykle interesujące, choć zazwyczaj trudne wspomnienia i informacje związane z bolesną przeszłością.

Co warto zauważyć, w odróżnieniu od Smoleńskiego, Ziemiec starał się pełniej przedstawić obie strony medalu. Do relacji i wspomnień Ukraińców i Łemków dołożył też świadectwa Polaków z Bieszczadów, ze zrozumiałych względów w odmienny sposób pamiętających lata powojenne. Z Wysiedlonych… dowiemy się także więcej niż z Syropu z piołunu o tyglu narodowościowym, jaki istniał właśnie między innymi wskutek akcji „Wisła” na Ziemiach Odzyskanych, gdy obok siebie znaleźli się Polacy z dawnych ziem wschodnich, Ukraińcy i Rusini deportowani z terenów województw południowo-wschodnich powojennej Polski, Niemcy, Mazurzy…

Z opowiadań rozmówców Ziemca wyłania się przykry obraz pięknej mazurskiej ziemi i jej mieszkańców dotkniętej wszelkimi skutkami wojny, tak ostro i brutalnie naszkicowany przez Wojciecha Smarzowskiego w filmie Róża. Interesującym zabiegiem jest jednak próba podsumowania dramatu wypędzonych po latach i ukazanie ich radzenia sobie z trudną rzeczywistością, ukazanie czegoś, co bez większego wahania można nazwać triumfem życia. Końcowe wnioski z lektury są zatem inne niż końcowe refleksje obecne w świetnej skądinąd książce Pawła Smoleńskiego, można by powiedzieć, że są one bardziej optymistyczne mimo osobistego dramatu wysiedlonych.

Książki te warto porównać. Każda z nich jest na swój wyjątkowy sposób niepowtarzalna i oryginalna, choć na pierwszy, a także i na drugi rzut oka znacznie się różnią. A jednocześnie doskonale się uzupełniają, co wychodzi jedynie opisywanemu tematowi na dobre oraz stanowi kolejny krok na drodze do poznania jednego z tych tragicznych wydarzeń, które przyczyniły się do zniszczenia polsko-ukraińskiego etnicznego pogranicza. Dzięki temu, że Ziemiec cytuje także swoich polskich rozmówców, obraz opisywanych wydarzeń staje się ostry z obu widzianych stron.

Szerszy kontekst i brak ciążenia w stronę jednego z punktów postrzegania opisywanych wydarzeń, postaci i zachowań przy jednoczesnej wrażliwości na cierpienie i krzywdę. Te trzy zwroty doskonale pasują do taktyki, jaką obrał Ziemiec, by opisać gehennę ludności ukraińskiej i łemkowskiej poddanej wypędzeniu z własnych siedzib. A jednocześnie autor nie pozostawia złudzeń, dlaczego w ogóle doszło do akcji „Wisła”, wskazując, że nie był to jednostkowy akt zła w dobrym świecie. Chociaż zabrzmi to brutalnie – był to kolejny rozdział niezwykle smutnej opowieści o rozpadzie polsko-ukraińskich więzi, przysłowiowa „kropka nad i” w krwawym konflikcie mającym miejsce w pierwszej połowie XX wieku.

Tym ciekawiej wypada zabieg porównania dramatów wysiedlonych Ukraińców z historiami Polaków wypędzonych z byłych ziem wschodnich II RP. Zabieg przeprowadzony bez wartościowania, a zastosowany chyba w celu lepszego poznania człowieczeństwa i jego odporności (czy też raczej braku takowej) na własną krzywdę. Z zainteresowaniem śledzi się losy kolejnych bohaterów (dodajmy: „zwykłych”, przeważnie prostych ludzi), historię ich życia, a także poglądy na konflikt polsko-ukraiński, z którymi rzecz jasna nie zawsze można się zgodzić, ale bez wątpienia warto je poznać.

Książkę czyta się bardzo dobrze, co nie znaczy, że pozbawiona jest mankamentów. W niektórych miejscach przeszkadzają nieznaczne lapsusy językowe, czy to ze strony autora, czy raczej korekty: możemy na przykład dowiedzieć się o „przewadze liczebnej wojska nad ludnością cywilną” (w tym przypadku chodziło raczej o przewagę liczebną nad banderowską partyzantką w 1947 roku). Uwagi można zgłaszać także wobec ostatecznej korekty książki, wszak w kilku miejscach pojawiły się, co prawda nieznaczne, ale irytujące uważnego czytelnika literówki. Pod względem merytorycznym pojawiają się miejscami także dość istotne nieścisłości, na przykład nazywanie „podporucznikiem” Hryhorija Łoszycy, jednego z odpowiedzialnych za mord dokonany przez WOP na Ukraińcach w Terce w Bieszczadach. Drażni również nazywanie Stepana Stebelśkiego „Chrina”, dowódcy łemkowskiej sotni UPA „Hryniem” za Janem Gerhardem, a Mikołaja Kunickiego „Muchy”, dowódcy sowieckiego oddziału partyzanckiego – „Konickim”. Pojawiają się też błędy w nazwach geograficznych, na przykład Bednarka koło Wysowej to „Bednarki” i tym podobne.

W oficjalnej komunistycznej propagandzie deportowanych przekonywano, że jadą do nowych, lepszych gospodarstw, do nowych domów. Zwykle jednak rzeczywistość zastana w miejscach nowego osiedlenia była skrajnie odmienna od oczekiwań. Chcąc nie chcąc, zmuszeni oni zostali do założenia nowych gniazd, wzniesienia nowych domów, może nawet nie tyle w sferze materialnej, ile mentalnej i uczuciowej. Stwierdzenie to z czasem nabrało nowego, pozytywnego znaczenia i wielu z wysiedlonych, którzy nie zdecydowali się na powrót, rzeczywiście traktuje dziś swoje miejsce jako dom. Wówczas jednak, podczas wysiedleń, hasło o „nowym domu” mogło być tylko pustym zwrotem, niezręcznie kryjącym w swojsko brzmiących słowach dramat ludzi wyzutych z ojcowizny.

Damian Markowski

 

Recenzja ukazała się w „Nowej Europie Wschodniej” (2/2018).


Polecamy inne artykuły autora: Damian Markowski
Powrót
Najnowsze

Historyczny sobór Ukraińskiego Kościoła

18.12.2018
Tomasz Mróz
Czytaj dalej

Muzyczne polowania na czarownice

17.12.2018
Karolina Blecharczyk
Czytaj dalej

Sport postawiony pod ścianą

15.12.2018
Krzysztof Popek Piotr Rowicki
Czytaj dalej

Obserwatorzy w Działaniu

14.12.2018
NEW
Czytaj dalej

Jak de-rumunizowała się Rumunia?

13.12.2018
Krzysztof Popek
Czytaj dalej

Medal Stulecia Niepodległości dla KEW

11.12.2018
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu