Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Nie życzymy sobie imperium rosyjskiego u naszych granic
2018-02-08
Przemysław Żurawski vel Grajewski, Paweł Purski

Przemysław Żurawski vel Grajewski: „Ukraińska klasa polityczna w lwiej części nie zdaje sobie sprawy, że jednym ze strategicznych zadań państwowych Ukrainy jest zapewnienie pozytywnego jej obrazu w Polsce”.

Rozmowa ukazała się w „Nowej Europie Wschodniej” (3-4/2017).

 

PAWEŁ PURSKI: Panie Profesorze, w książce Polska polityka wschodnia 1989-2015 pisze Pan, że aby zrealizować strategiczny cel Polski, czyli trwale wykluczyć całą Europę Środkową i Wschodnią ze strefy dominacji rosyjskiej, musiałoby dojść do ponownego załamania się państwa rosyjskiego. Czy możliwa jest implozja Rosji i jak mogłaby ona wyglądać?

PRZEMYSŁAW ŻURAWSKI VEL GRAJEWSKI: W analizach politologiczno-historycznych, nieco humorystycznie, mówi się, że możliwe jest to, co już było. Choć historia nie powtarza się w prosty sposób, to potrafimy sobie wyobrazić implozję Rosji na wzór implozji Związku Sowieckiego. Rosją targają dziś ogromne problemy: drastyczna niewydolność gospodarcza, przerost ambicji, brak świadomych obywateli (bo obywatele to nie to samo co mieszkańcy), którzy dźwigaliby na sobie państwo, olbrzymie zużycie zasobów – przede wszystkim na cele militarne, z zamiarem osiągnięcia nieosiągalnych celów politycznych, brak stawiania czoła wyzwaniom realnym, a wymyślanie wyzwań nośnych politycznie. Najsprytniejszy agent polskiego wywiadu nie mógłby lepiej doradzić, by pozycjonować Rosję na arenie międzynarodowej jako rywala Stanów Zjednoczonych. Do tego szukanie wrogów na Zachodzie, gdy u granic ma się olbrzymie pod względem geograficznym i prężne gospodarczo Chiny oraz wielki potencjał nacisku świata islamskiego od południa, z własnymi muzułmanami wewnątrz granic i ujemną dynamiką demograficzną narodu rosyjskiego. Polityka Rosji jest kształtowana na bazie interesów rządzącego na Kremlu klanu siłowików, który zgodnie z bolszewicką tradycją jest w stanie poświęcać interes narodowy.

 

Zatem rozpad Związku Sowieckiego wcale nie zakończył się w 1991 roku, ale wciąż trwa. Ten, który znamy, nastąpił „po szwach narodowościowych”. Jego kontynuacja będzie po liniach cywilizacyjnych czy religijnych?

Rosja, jak mawiał Otto von Bismarck, nigdy nie jest ani tak silna, ani tak słaba, na jaką wygląda. Procesy rozpadu mogą w różnych regionach wyglądać w rozmaity sposób. Nie da się jednoznacznie określić scenariusza. Czynnik etniczny i religijny będzie dominował na Kaukazie, natomiast ekonomiczno-cywilizacyjny – na Dalekim Wschodzie. Nic nie wskazuje na to, by w Rosji odwróciły się trendy demograficzne. Tymczasem zagospodarowanie i utrzymanie tak rozległego obszaru wymaga odpowiedniego potencjału ludnościowego.

 

Polska polityka wschodnia stoi więc przed wielkim wyzwaniem. Jak musimy przygotować państwo polskie, żeby sobie z możliwym rozpadem Rosji poradzić?

Jestem przeciwnikiem planowania polityki w kategoriach dziesięcioleci, bo faktycznie zdolność precyzyjnego przewidywania wydarzeń jest iluzoryczna. Raczej musimy odpowiadać na bieżące wyzwania w perspektywie najbliższych lat, a w takiej najważniejsze jest bezpieczeństwo. Od lat głoszę tezę, że decyzje są podejmowane na podstawie obrazu rzeczywistości w głowach decydentów, a nie na podstawie rzeczywistości. Obraz świata w umysłach decydentów na Kremlu jest rozbieżny w stosunku do naszego i tego, co istnieje realnie. Rosja uważa Zachód – zarówno Unię Europejską, jak i Stany Zjednoczone – za świat słaby, dekadencki i niezdolny do reakcji. Rosyjskie elity polityczne postrzegają politykę międzynarodową jako grę gabinetów, na którą narody faktycznie nie mają wpływu. Obie rewolucje ukraińskie pokazały, że to nieprawda. Czynnik społeczny, obywatelski, który może zmieniać kalkulacje rządów, jest w znacznej mierze nieuwzględniany przez Kreml.

 

Politolodzy najczęściej patrzą tylko na czynniki systemowe, a nie tak funkcjonuje polityka. Zdaje się, że nie do końca wzięliśmy pod uwagę czynnik społeczny, analizując sytuację na Białorusi. Żyliśmy w przekonaniu, że Białoruś to kraj spokojny, w którym żadnego Majdanu nigdy nie będzie.

Białoruś uchodziła za oazę spokoju i apatii. Wprowadzenie przez reżim podatku od pasożytnictwa wywołało jednak opór społeczny. Wyczerpaniu uległa legenda Aleksandra Łukaszenki jako przywódcy, który zapewnia stabilizację. Wydaje się również, że system społeczno-gospodarczy na Białorusi osiągnął kres możliwości rozwojowych. Był on w znacznej mierze oparty na niskich cenach surowców energetycznych przesyłanych z Rosji. Rozpad Związku Sowieckiego postawił Rosję w roli kolonii surowcowej, bo rafinerie i inne „końcówki systemu” nie znajdywały się na jej terytorium, ale położone były na terytorium innych republik bądź imperium zewnętrznego (jak terminale portowe w państwach bałtyckich czy Naftoport w Gdańsku). Białoruś utrzymywała się, przetwarzając tanią ropę rosyjską i sprzedając jej produkty z zyskiem.

 

Ten model uległ jednak wyczerpaniu, bo Rosja nie chce już subsydiować białoruskiej gospodarki tanią ropą?

Władimir Putin widzi, że gospodarka rosyjska się kurczy i brak jest perspektyw powrotu do wzrostu, który opierał się na wysokich cenach ropy i gazu. Powodowały one opłacalność rozwoju technologii wydobycia ze złóż niekonwencjonalnych. Te technologie już się rozwinęły i nie ma powrotu do sytuacji, w której nie istniały. Ilość surowców energetycznych na rynku nigdy nie będzie już tak niska, jak u szczytu cen w 2008 roku. Do tego zdjęto sankcje z Iranu, który odrabia trzydziestoletnie zapóźnienia i niechętnie poddaje się dyscyplinie coraz słabszego OPEC. Jeśli jeszcze Amerykanie – a zapowiada to prezydent Donald Trump – zliberalizują handel surowcami energetycznymi, to gospodarka rosyjska drastycznie osłabnie. Dlatego Putin, nie mogąc legitymizować władzy przez sukcesy gospodarcze, musi polegać na sukcesach imperialnych. Na Ukrainie wydaje się to już nieosiągalne, a przynajmniej kosztowne. W państwach bałtyckich niosłoby to wysokie ryzyko olbrzymiej klęski wojennej, bo w starciu z NATO Rosja na pewno przegra.

 

Białoruś jest po prostu łatwym łupem dla Kremla?

Na razie najtańszym scenariuszem jest opanowanie Białorusi i przedstawienie tego jako sukcesu imperialnego w odradzaniu się potęgi rosyjskiej. Dlatego jest to prawdopodobne.

 

Dużo dzieje się w naszym najbliższym sąsiedztwie. W jakim stopniu, biorąc pod uwagę kontekst, uległy zmianie cele polskiej polityki wschodniej?

Głównym hasłem dyplomacji francuskiej okresu międzywojennego było „la sécurité d’abord” – „przede wszystkim bezpieczeństwo”. To cel każdej polityki zagranicznej, a reszta służy jego osiąganiu. Polska od czasu Sejmu Niemego w 1717 roku była niezależna od Rosji wyłącznie w latach 1918-1939 i między 1989 rokiem a dniem dzisiejszym. W sumie to zaledwie nieco ponad czterdzieści lat. To jasno pokazuje, gdzie tkwi główne wyzwanie. Wpływy mogą iść z różnych kierunków, ale doświadczenie historyczne uczy, że zniszczenie niepodległości państwa polskiego przychodzi tylko ze Wschodu. Współczesna Rosja jest państwem autorytarnym, gdzie morduje się polityków i dziennikarzy. Jest w stanie prowadzić wojny ludobójcze, tak jak na przykład w Czeczenii. Napadła na sąsiadów: Mołdawię, Gruzję i Ukrainę. Od 2007 roku zbroi się intensywnie, a od lutego 2013 roku utrzymuje armię w gotowości bojowej i prowadzi ćwiczenia wojskowe, które obejmują desant na polskie wybrzeże, atak nuklearny na Warszawę, przebijanie korytarza przez Litwę do obwodu kaliningradzkiego czy desanty morskie na Bornholm, Gotlandię i Wyspy Alandzkie. To zmusza do uznania, że głównym zadaniem polskiej polityki w kontekście bezpieczeństwa jest uchylenie scenariusza odtworzenia imperium rosyjskiego na rosyjskiej przestrzeni imperialnej. Ta przestrzeń obejmuje Ukrainę, Białoruś, Kaukaz Południowy i niestety także Polskę, przynajmniej w pamięci rosyjskiej.

 

Grozi nam zostanie gubernią rosyjską?

Raczej ześlizgnięcie się w obszar uznanej międzynarodowo strefy wpływów Rosji. Dlatego Polskę interesuje, żeby imperium rosyjskie nie odtworzyło się u naszych wschodnich granic. Mając mniejszy potencjał od Rosji, musimy poszukiwać zewnętrznych źródeł wsparcia. To, po pierwsze, potencjał narodów w podobnej sytuacji, z których najsilniejsza jest Ukraina – z uwagi na demografię, gospodarkę czy armię. Po drugie, to NATO i Stany Zjednoczone jako hegemon Sojuszu. Po trzecie, to Unia Europejska, która jednak była zasobem znacznie poważniejszym przed 2008 rokiem. Przy koncepcji Europy dwóch prędkości, która niestety moim zdaniem zostanie zrealizowana, faktycznie grozi nam system kongresu wiedeńskiego, czyli dyrektoriat mocarstw starej Unii, które będą nastawione antyamerykańsko i uznają interesy Rosji na arenie międzynarodowej. Jednocześnie będą instruować kraje Europy Środkowej, aby nie marnowały okazji do siedzenia cicho, kiedy rozmawiają wielcy, bo wielcy mają fundusze, a zasady nie są istotne. Stąd polski sprzeciw wobec pomysłu Europy dwóch prędkości.

 

Czyli grozi nam to, że zostaniemy sami w tej części Europy. Wydaje się, że oprócz pomarańczowej rewolucji Polska była niewolnikiem procesu przemian w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Wciąż wyzwaniem jest, byśmy stali się podmiotem w tej rozgrywce.

Mam bardziej optymistyczny obraz poprzednich lat. Z pozytywną ewolucją mieliśmy do czynienia do 2008 roku. W 1990 roku Polska wystąpiła z unikatowym pomysłem, jak dwutorowo prowadzić politykę wobec faktu rozpadania się Związku Sowieckiego. Choć nie udało się w Mińsku, to wyszło w Kijowie. Przy naszym udziale Ukraina weszła do gry międzynarodowej, a Polska zapisała się jako pierwsze państwo, które uznało jej niepodległość. Również wstąpienie państw bałtyckich do NATO było jednym z polskich sukcesów, choć nie obyło się bez kosztów. Aby doszło do drugiej fali rozszerzenia, należało zademonstrować Stanom Zjednoczonym użyteczność pierwszej fali. Stąd poparcie amerykańskiej operacji w Iraku, w konflikcie z rdzeniem Unii Europejskiej. Niemniej Litwa, Łotwa, Estonia, Rumunia i Słowacja są członkami Sojuszu, zatem nie ma wyrw we wschodniej flance NATO. Także pomarańczowa rewolucja na Ukrainie była sporym sukcesem, tak samo jak Majdan w latach 2013-2014. Istotny jest geopolityczny zwrot Ukrainy ku Zachodowi, przez dwadzieścia pięć lat Polska zdołała zbudować prestiż, choć podkopał go nieco okres resetu z Rosją.

 

Nie zmienialiśmy jednak reguł gry, lecz dostosowywaliśmy się do prądów.

To oczywiście nie były rozstrzygnięcia w skali strategicznej, bo do tego Polska nie ma potencjału, ale popychaliśmy sprawy w pożądanym kierunku. Okres resetu amerykańsko-rosyjskiego siłą rzeczy ujmował nam wiatru z żagli i trudno było w tej sytuacji oczekiwać spektakularnych sukcesów.

 

Gdy mówimy o naiwności wobec Rosji, to od razu do głowy przychodzi Unia Europejska. Jaką politykę wschodnią prowadziła Bruksela? W jakim stopniu to Polska kształtowała unijny wymiar wschodni?

Nie przesadzałbym ze znaczeniem Unii Europejskiej jako podmiotu gry strategicznej. W Polsce jedni uważają, że Wspólnota jest na tyle potężna, że wszystko za nas załatwi. To koncepcja płynięcia w głównym nurcie, zgodnie z którą polska polityka wschodnia ograniczała się do Partnerstwa Wschodniego. Drugi nurt z kolei gotów twierdzić, że niemal nic z członkostwa w Unii nie mamy. Żaden z tych sposobów myślenia nie jest prawdziwy. Natomiast Unia Europejska była znacznie poważniejszym czynnikiem działającym na politykę wschodnią przed 2008 rokiem.

 

Tyle że Bruksela jest jak papież – nie ma dywizji.

Unia Europejska jako gracz strategiczny w wymiarze bezpieczeństwa nie istnieje. Natomiast w obszarze acquis communataire jest graczem twardym, którego rosyjska dyplomacja nie rozumie, i w starciu na tym polu jest bezradna. Dla przykładu, przed 2004 rokiem Rosja sprzeciwiała się rozszerzeniu Porozumienia o Partnerstwie i Współpracy zawartego z Unią piętnastki na Unię dwudziestki piątki. Istotą sprzeczności było rozciągnięcie na nowe państwa członkowskie unijnych procedur antydumpingowych obejmujących wyroby rosyjskiego przemysłu metalurgicznego (traktowane w Unii jako dotowane niskimi cenami energii na rynku rosyjskim) oraz przepisów dopuszczających do ruchu na lotniskach na terytorium Unii samoloty o określonych w acquis communataire normach emisji hałasu. Z dnia na dzień eksport rosyjskich wyrobów metalurgicznych na rynki Europy Środkowej został objęty rzeczonymi procedurami, a stara flota powietrzna Aerofłotu, która nie odpowiadała normom Unii, została usunięta z lotnisk nowych państw członkowskich. Zatem jeśli prawo jest częścią acquis communataire i jego zmiana nie jest ustalana z szefami czołowych mocarstw, tylko trzeba otwierać wielostronne negocjacje wewnątrzunijne, to Unia jest twardym graczem, bo nie ma negocjatora, który miałby mandat do ustępstw.

 

Gdy kraje Europy Środkowej stały się częścią Unii Europejskiej, Rosja została postawiona przed faktem dokonanym. Jednocześnie cały czas stawiała na relacje bilateralne na przykład z Niemcami w kwestii gazociągu Nord Stream.

Rosyjska klasa polityczna, wskutek dziedzictwa imperialnego, ma zmilitaryzowany ogląd świata. Podmiot, który nie jest potęgą wojskową, jest godny pogardy. Rosja nigdy nie uważała Unii Europejskiej za istotnego gracza. Najpierw w ogóle jej nie widziała, a kiedy zainteresowała się Unią, to w nadziei, że będzie narzędziem osłabienia dominacji amerykańskiej w Europie. Lecz kiedy Moskwa zorientowała się, że Bruksela jednak nie osłabi związków transatlantyckich, przestała traktować ją poważnie. Władimir Putin wypowiedział się wtedy na temat Komisji Europejskiej w typowo rosyjski, pogardliwy sposób, kiedy stwierdził, że w Rosji komisje się tworzy, by utrącić jakąś sprawę. Dlatego Rosja zawsze stawiała na relacje bilateralne. W trakcie wojny gruzińskiej Moskwa rozmawiała z prezydentem Francji, a nie z szefem prezydencji Unii Europejskiej, choć akurat wtedy była to ta sama osoba. Gdzie w formacie normandzkim jest wysoka przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Federica Mogherini?

 

Zatem powstająca powoli Europa dwóch prędkości jest realizacją celu Moskwy?

Europa dwóch prędkości jest strategicznym celem rosyjskim, Rosja bowiem rozumie, że nie będzie powrotu do czasów zimnej wojny i nie stanie się drugim biegunem w bipolarnym świecie. Natomiast wciąż może być czołowym mocarstwem w europejskim koncercie mocarstw. Żeby osiągnąć ten status, musi doprowadzić do głębokiego podziału transatlantyckiego, co jest możliwe, gdyby prezydentem Francji została Marine Le Pen, a kanclerzem Niemiec Martin Schulz. Czyli „schröderyzacja” Niemiec i „lepenizacja” Francji w Europie dwóch prędkości stworzy rdzeń unijny, który będzie antyamerykański i prorosyjski i pozwoli na koncert mocarstw z Rosją w roli głównej.

 

Wcześniej mieliśmy do czynienia ze strategicznym konsensusem co do konieczności wyrywania naszych wschodnich sąsiadów z rosyjskiej strefy wpływów, tymczasem głośne w Polsce stały się środowiska neoendeckie, które za punkt honoru postawiły sobie odwrót od tradycyjnego, giedroyciowskiego podejścia. Neoendecy operują historycznymi uproszczeniami i bez głębszej refleksji rzucają hasła o wielkiej, suwerennej i samotnej Polsce, nie biorąc pod uwagę sytuacji międzynarodowej. Dlaczego akurat polityka wschodnia jest dla nich tak istotna?

Pozwala na łatwą samoidentyfikację na podstawie tradycji historycznej, która obecnie umożliwia pozycjonowanie się na jedynych, rzeczywistych patriotów Polski. Recepty Romana Dmowskiego na polską politykę zagraniczną odpowiadały ówczesnym realiom geopolityki światowej. Były poważne, choć mogły być błędne, bo poważni politycy też popełniają błędy. Jeśli go uważnie czytać, to widać, że miał on głęboką awersję do rosyjskiego systemu. Twierdził, że Rosja nie jest w stanie rusyfikować Polaków, z uwagi na swą niższość cywilizacyjną. Niemniej Dmowski żył w epoce przedtotalitarnej i nie wyobrażał sobie, że alternatywą dla asymilacji jest eksterminacja, a my już mamy takie doświadczenie. Dziś proste odwoływanie się do rozwiązań czy analiz sytuacji międzynarodowej sprzed stu lat jest pewną aberracją polityczną, której Dmowski by się wstydził. Gdy rodziła się nowożytna idea narodowa polska, to Rzeczpospolita funkcjonowała jako byt mentalny, na którego „terytorium” zamieszkiwali Białorusini, Litwini i Ukraińcy. Gdy w 1918 roku Polska powstawała jako państwo, poszczególne nacjonalizmy: polski, białoruski, ukraiński i litewski, w sposób naturalny były sprzeczne. Ta sytuacja teraz nie istnieje. Polskość przetrwała na Kresach Północnych, białorusko-litewskich, natomiast na Kresach ukraińskich zachowała się jedynie szczątkowo. Na obszarach należących do II Rzeczpospolitej, na Ukrainie mieszka dziś około 30 tysięcy Polaków, a mieszkały blisko trzy miliony. To jest skala różnicy. Nie ma zatem rywalizacji o tę samą ziemię ojczystą.

 

Wróćmy do problemu erozji konsensusu w polskiej polityce wschodniej.

Większość naszej sceny politycznej zgodzi się, że Polska nie jest zainteresowana odtworzeniem imperium rosyjskiego u naszych wschodnich granic. Jednak osłabienie zdolności do ogólnonarodowej zgody na daną linię polityczną nie wynika tylko z rozwoju sytuacji w Polsce, ale także zależy od tego, co dzieje się u naszych sąsiadów. Długotrwała cierpliwość polska w stosunku do Litwy mogła być motywowana czasem, którego Wilno potrzebowało, by dojrzeć do rozwiązań, ale dwadzieścia sześć lat to jest dużo i trudno twierdzić, że potrzeba Litwinom jeszcze więcej czasu. Jeśli mówimy o prawdopodobieństwie scenariusza akcji rosyjskiej na Białorusi, czyli u granic Wileńszczyzny, to problem ewentualnej rosyjskiej prowokacji w relacjach polsko-litewskich zaczyna być palący, a nie akademicki. Jest zatem czymś, co trzeba rozwiązać teraz, a nie, kiedy Litwini do tego dojrzeją.

 

Zdaje się, że podobnie jest w relacjach polsko-ukraińskich.

Podejmowanie przez Polskę kwestii historycznych było znacznie łatwiejsze, kiedy nie było wojny rosyjsko-ukraińskiej, bowiem dziś ukraińska opinia publiczna musi być mobilizowana przez odwoływanie się do ostatnich przykładów walki zbrojnej z Moskwą. Ostatnią formacją walczącą z nią zbrojnie była Ukraińska Powstańcza Armia, która zasadnie jest w Polsce pamiętana jako organizacja zbrodnicza. Skrzętnie wykorzystuje to Rosja w planowej akcji propagandowo-informacyjnej w Polsce i na Ukrainie, z prowokacjami wobec miejsc upamiętnień włącznie. Niestety ukraińska klasa polityczna w lwiej części nie zdaje sobie sprawy, że jednym ze strategicznych zadań państwowych Ukrainy jest zapewnienie pozytywnego jej obrazu w Polsce. Lekceważenie tego, nawet jeśli powodowane jakością ukraińskiej klasy politycznej, oligarchizacją, korupcją czy niedostatkiem zasobów, jest błędem. Ukraina nie wykonywała tej pracy, a nawet przeszkadzała, nadając ulicom w Kijowie imiona Stepana Bandery i Romana Szuchewycza, tydzień przed uchwałą polskiego sejmu o ludobójstwie na Wołyniu. Ludobójstwo na Wołyniu i w Galicji Wschodniej jest faktem, ale co z tego wynika dla współczesnej polityki wschodniej i relacji polsko-ukraińskich?

 

Czy problem banderyzacji Ukrainy w wymiarze antypolskim jest realny?

Nie, on nie istnieje. Rojenia, że hasło „Lachy za San” będzie instrumentem konsolidacji ukraińskiej sceny politycznej, jest fantazją tego typu co myślenie, że w Polsce powstanie olbrzymi ruch narodowy, zmierzający do wyrzucenia Niemców z Olsztyna, Opola i Gdańska. Ich tam nie ma od siedemdziesięciu lat, podobnie jak dominacji Polaków we Lwowie, Stanisławowie i Tarnopolu. W wyborach parlamentarnych i prezydenckich w 2014 roku na Ukrainie ugrupowania, które szły pod hasłami tradycji OUN-UPA zdobyły śladową liczbę głosów. Jeśli więc Ukraina jest banderowska, to Polska jest korwinowska. Pamięć o konflikcie polsko-zachodnioukraińskim ma jednak wpływ na politykę w Polsce i na Ukrainie. Nad Wisłą świadomość historyczna tego konfliktu ma wymiar narodowy, a nie lokalny. Nad Dnieprem ma wymiar lokalny, bo był to konflikt w pięciu z obecnych dwudziestu pięciu obwodów Ukrainy.

 

Ten, kto podejmuje decyzje przy urnie wyborczej, kieruje się historią czy polityką zagraniczną?

Ludzie generalnie nie podejmują decyzji wyborczych, opierając się na polityce zagranicznej czy historycznej. Takie osoby stanowią zapewne poniżej 1 procenta elektoratu. Jednak w warunkach twardej rywalizacji wyborczej mamy do czynienia z pewną kombinacją polityki zagranicznej i wewnętrznej. W polityce nie wystarczy bowiem mieć rację – trzeba jeszcze mieć zdolność jej forsowania. Na rzecz utrzymania zdolności realizacji swojej wizji reformy państwa warto jest czasem coś zapłacić, ale tak, by nie tracić wiarygodności politycznej. Trzy kwestie wyznaczają meandry polskiej polityki wschodniej. To, po pierwsze, coraz mniejsza cierpliwość polskiej opinii publicznej w odniesieniu do polityki litewskiej wobec mniejszości polskiej na Wileńszczyźnie. Po drugie, to dramatyzm sytuacji wojennej na Ukrainie, który wywiera presję polityczną na mobilizację społeczeństwa ukraińskiego do walki z Rosją z wykorzystaniem heroizacji OUN-UPA. Po trzecie, to kwestia utrzymania politycznej zdolności rządu polskiego do prowadzenia rozsądnej polityki wschodniej, przy poparciu wyborców, co jest warunkiem koniecznym w państwie demokratycznym. Na to wszystko wpływa czas. Inną politykę mogliśmy prowadzić w stosunku do stabilnej Białorusi Łukaszenki, której nie groził przewrót rosyjski. Jeśli dojdzie do obalenia Łukaszenki, to czy będzie to demokratyczna rewolucja, czy wyreżyserowany w Moskwie przewrót pałacowy? W pierwszym przypadku, czy Rosja zbrojnie nie złamie rewolucji? Czy w Mińsku nie zasiądzie generał-gubernator, wykonujący polecenia Kremla?

 

Czyli musimy zawsze, po giedroyciowsku „przylegać do rzeczywistości”?

Polityka musi się zmieniać, bo świat się zmienia. Prawdopodobnie w tym roku trzeba będzie dostosować polską politykę zagraniczną do możliwości i nowych wyzwań, jakie się pojawią. Sytuacja jest dynamiczna. Niezmienny pozostaje jednak cel pierwotny: nie życzymy sobie imperium rosyjskiego, obojętne jakiego koloru u wschodnich granic Polski. Nie chcemy wchłonięcia Białorusi i Ukrainy przez Rosję. Reszta jest instrumentem i odpowiedzią na pytanie, czy w tych uwarunkowaniach, z takimi partnerami i na podstawie danych zasobów wewnętrznych i zewnętrznych da się ten cel osiągnąć.

 

Przemysław Żurawski vel Grajewski jest politologiem, wykładowcą akademickim, komentatorem politycznym, doradcą ministra spraw zagranicznych RP. Ostatnio opublikował Polska polityka wschodnia 1989-2015. Wymiar narodowy i Unijny (wyd. Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2016).


Rozmowa ukazała się w „Nowej Europie Wschodniej” (3-4/2017).

Fot. Sergei Kazantsev (cc by-sa 4.0) commons.wikimedia.org


Polecamy inne artykuły autora: Przemysław Żurawski vel Grajewski
Powrót
Najnowsze

Polska Polityka Wschodnia 2018

21.10.2018
Krzysztof Popek
Czytaj dalej

Gruzińskie Sowa i Przyjaciele

18.10.2018
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

XIV Konferencja Polska Polityka Wschodnia 2018

14.10.2018
NEW
Czytaj dalej

"Pepiki" Mariusza Surosza – Zapowiedź

10.10.2018
NEW
Czytaj dalej

Moskiewska Brygada Śmierci

09.10.2018
Karolina Blecharczyk
Czytaj dalej

Polacy na Litwie: między Wilnem, Warszawą a Moskwą

07.10.2018
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu