Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Na wojnie z kłamstwem
2018-01-08
Mateusz Bajek, Marcin Rey

Marcin Rey, autor projektu „Rosyjska V kolumna w Polsce”: „Skoro Mogherini nie finansuje unijnej instytucji mającej przeciwdziałać dezinformacji, StratComu, a wręcz złośliwie tępi, Polska mogłaby ją przejąć: moglibyśmy zaprosić ją do Warszawy i w ten sposób ulokować u siebie drugą, obok Frontexu, instytucję unijną”.

Rozmowa ukazała się w „Nowej Europie Wschodniej” (numer listopadowo-grudniowy, 6/2017).

 

MATEUSZ BAJEK: Cztery lata temu rozpoczął Pan publiczne ujawnianie działalności V kolumny Kremla w Polsce. Dlaczego się Pan na to zdecydował?

MARCIN REY: Wraz z grupą przyjaciół, którzy wolą zachować anonimowość, rozpoczęliśmy działalność w czasie rewolucji godności. Dostrzegliśmy rosnące zagrożenie ze strony rosyjskiej propagandy – zagrożenie, z którym polskie państwo nie robiło zbyt wiele: nie radziło sobie zarówno za rządów PO-PSL, jak i nie radzi sobie po wygranej Prawa i Sprawiedliwości. Wybrałem jednak dosyć nieszczęśliwą nazwę dla naszego profilu na Facebooku, poprzez który działamy. Piąta kolumna kojarzy się z grupą zdrajców, a po kilku latach przyglądania się różnorodnemu środowisku zwolenników Kremla wiem, że tylko jego czołówkę można nazwać zdrajcami. Większość tego środowiska stanowią zwyczajni obywatele, którzy są przede wszystkim ofiarami kremlowskiej propagandy. Dlatego wolę mówić o wykorzystaniu tych osób przez kremlowską dywersję.

Jak więc wygląda putinowska dywersja w Polsce?

Zacznijmy od dywersji państwowej. Po pierwsze, są to rosyjskie media dla zagranicy, czyli klasyczna soft power: przede wszystkim Sputnik Polska i Russia Today, zwana dla niepoznaki RT. W Polsce media te mają jednak bardzo ograniczone znaczenie, RT nie posiada nawet wersji polskojęzycznej. Działalność Sputnika jest szkodliwa, ale w Polsce nie ma tak dużego oddziaływania, gdyż jest bezczelnie prokremlowski. Zbyt mało jest u nas twardych, fanatycznych wyznawców Władimira Putina, dlatego żeby wpływać na polską opinię publiczną, trzeba stosować inne metody. Nawet najbardziej aktywni działacze prokremlowscy rzadko udostępniają materiały Sputnika, gdyż zwyczajnie się krępują.

Jeżeli więc media dla zagranicy są nieskuteczne, to jakimi jeszcze instrumentami dysponuje w Polsce kremlowska dywersja?

To chociażby fabryki trolli, które osobiście nazywam fermami klonów. Czym są klony? To nieprawdziwe, wirtualne byty, „jajeczka” na Twitterze i Prawdziwi Polacy w komentarzach Onetu, których głównym zadaniem nie jest przekonywanie do swoich racji, ale wywoływanie złudnego efektu ilości. Klony działają głównie na portalach informacyjnych, gdzie aktywizują się, zwłaszcza gdy pojawia się temat dotyczący Rosji, Ukrainy, NATO. Kiedy większość komentarzy mówi o tym, że trzeba trzymać z Rosją, a Ukraina jest faszystowska, to nawet zorientowany czytelnik może mieć wątpliwości, a niezorientowanego może to skusić do poparcia poglądów na przykład antyukraińskich. Klony mają wywoływać wrażenie, że proporcje poparcia dla polityki Kremla są odwrotne niż w rzeczywistości. I to jest główny cel tej metody, choć uważam, że w Polsce również ona jest nieskuteczna – a najmniej skuteczna jest na portalach społecznościowych, gdyż ze swoją sztywnością i sztucznością klony słabo się do nich nadają.

Dzięki rosyjskim hakerom wiemy, że rosyjskie fermy klonów funkcjonują na wielką skalę przynajmniej od 2010 roku. Początkowo ich celem było wychwalanie rosyjskich władz wśród rosyjskich i rosyjskojęzycznych internautów. Po 2013 roku rozszerzyli zakres działalności: początkowo o język ukraiński, a następnie angielski, niemiecki i francuski. Do dzisiaj nie udowodniono jednak, skąd piszą i przez kogo są kierowane klony działające w polskim internecie.

I ja również nie mam jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Wydaje mi się, że w Rosji trudno byłoby stworzyć biuro, w którym pracowałoby aż tylu polonistów. Intuicja podpowiada mi, że w Polsce może się tym zajmować w głębokiej konspiracji jakaś polska agencja PR. Nie wykluczam również klasycznej telepracy. Proszę sobie wyobrazić, że zlecenia na takie działania przychodzą z Rosji, zleceniodawcy wykonują je w tajemnicy, a wierszówki zleceniobiorcy otrzymują w bitcoinach (wirtualnej walucie). Mogą zajmować się tym nawet licealiści.

 

Jakie jeszcze metody stosują rosyjskie władze?

Mamy też klasyczną agenturę, w Polsce agentów jest jednak niewielu. W ostatnich latach mieliśmy tylko jeden przypadek zatrzymania pod zarzutem współpracy z rosyjskimi służbami polskiego obywatela, który zajmował się dywersją polityczną: Mateusza Piskorskiego, założyciela partii Zmiana. Jestem przekonany, że znakomita większość osób oskarżanych o agenturalność, agentami nie jest – przynajmniej od strony prawnej. Ostrzegam też przed nadużywaniem określenia agent, gdyż naraża to całą analizę i walkę z dywersją na uproszczenie i ośmieszenie. Dla ludzi wierzących w propagandę Kremla trzeba być miłym, bo do sporej części z nich można dotrzeć i spróbować ich wyleczyć. Nazywanie ich agentami sprawia, że tylko zamykają się na argumenty.

Żadna z powyższych metod nie wygląda na kluczową. Co w takim razie działa na Polaków? Skąd biorą się ludzie o prokremlowskich poglądach?

To głównie ofiary zarządzania refleksyjnego, czyli wymyślonej przez Rosjan metody pośredniego wpływania na ludzi w taki sposób, by wypełniali wolę Kremla. Oczywiście ma się to odbywać tak, by ofiary nie zdawały sobie sprawy, że działają z czyjejś inspiracji.

Pierwotnymi odbiorcami kremlowskiej dezinformacji są tak zwani ideowcy, czyli ludzie przekonani o słuszności prezentowanej w Rosji propagandy. Często dysponują skutecznymi kanałami jej dalszego rozprzestrzeniania, takimi jak prokremlowskie organizacje, internetowe fora czy portale. Mam wrażenie, że znaczna większość obserwowanych przeze mnie działaczy prokremlowskich naprawdę wyznaje deklarowane poglądy. Kim są ci ludzie prywatnie? Stosunkowo często to osoby z partyjnych, wojskowych lub ubeckich rodzin; wdzięczne za pobiedę, kochające Rosję taką, jaka jest obecnie.

Kolejną kategorią są rezonatorzy – ludzie czytający, słuchający, komentujący czy opowiadający o kremlowskiej propagandzie w pracy. To znacząca grupa, bo to jej reakcje są najważniejsze przy sprawdzaniu, czy propaganda może zadziałać na resztę społeczeństwa, czy należy się z niej wycofać. Dodatkowo jest ona ważna, bo to bardzo szeroka kategoria, której członkami są prawdziwi ludzie, a nie internetowe klony. Najgorzej, kiedy rezonatorem rozpowszechniającym kremlowską propagandę jest dziennikarz: podchwyci jakąś bzdurę, opisze ją, a potem minister obrony to przeczyta i w ten sposób dowiemy się z mównicy sejmowej, że mistrale z Egiptu płyną do Rosji.

 

Kto koordynuje działalność tych ludzi?

Działalność ideowców i rezonatorów nie jest kierowana z góry, jest żywiołowa.

Które środowiska w Polsce są najbardziej narażone na to, by stać się ofiarą kremlowskiej dywersji?

Do poglądów będących na rękę Kremlowi próbuje się przekonać każde środowisko, w którym są ludzie skłonni wierzyć w niesprawdzone informacje. W Europie widać wyraźnie, że rosyjscy propagandyści odwołują się do grup skrajnych, bo to one wierzą w propagandę, a następnie oddziałują na główny nurt. W Polsce kremlowski przekaz trafia głównie do skrajnej prawicy oraz środowisk pogranicza skrajnej prawicy ze zwykłą prawicą. Oczywiście, dla każdej podgrupy kremlowska propaganda ma przygotowaną osobną narrację: inną dla hajlujących łysoli, inną dla osób uważających, że Zachód jest dekadencki. Jest też cała oferta na przykład dla środowisk prolife, które też są penetrowane.

Pięć lat temu w Warszawie odbył się Ruski Marsz z udziałem rosyjskich kibiców. Zaatakowały go grupki pseudokibiców i ubranych w patriotyczną odzież nacjonalistów, między innymi z ONR, z Januszem Korwin-Mikkem na czele. W tym samym roku Rosji i Rosjan nie oszczędzano również na Marszu Niepodległości. Tymczasem obecnie działacze określający się mianem narodowców często nie tylko nie występują przeciwko Kremlowi, ale, co więcej, traktują Rosję jako coś lepszego od NATO czy Unii Europejskiej, a już na pewno od Ukrainy. Co się stało ze środowiskiem narodowym przez tych kilka lat?

W przypadku środowisk narodowych, a w szczególności ich kierownictwa, wyraźnie widać, że bardzo zaszkodziła im kremlowska dywersja informacyjna. Wielu narodowców jest nie tyle nadpsutych kremlowską dywersją, ile wręcz całkowicie nią ogarniętych. Są wśród nich działacze cyniczni, którym nie przeszkadza, że to, co robią, jest na rękę Rosji. To oni inicjują antynatowską agitację, systematycznie wywołują kolejne sensacje świadczące o gigantycznej potędze oręża rosyjskiego, a następnie pod płaszczykiem pragmatyzmu apelują, żeby drogo sprzedać Rosji swoją neutralność.

Jeżeli zaś chodzi o szeregowych narodowców, to twierdzę, że gdyby Rosja nas zaatakowała, to większość z nich walczyłaby z przeciwnikiem – możliwe, że najlepiej, bo to jednak ludzie z gorącym patriotyzmem w sercu. U nich niewiele się zmieniło. Zwykły narodowiec jest w dalszym ciągu antyrosyjski. Różnica jest taka, że jest też antyukraiński. Natomiast, jeśli doszłoby do wojny z Rosją, to nie zdziwiłbym się, gdyby wśród kierownictwa narodowców nastąpił rozłam – niektórzy mogliby apelować o ustępstwa wobec Rosji.

 

Czy możemy doszukiwać się w tej zmianie inspiracji ze Wschodu?

Możemy, ale niech pan nie oczekuje, że powiem, iż widziałem dokumenty. Tutaj albo ma się dowody, albo nie mówi się nic.

 

Obok części narodowców kolejnym środowiskiem, które wydaje się zarażone wirusem kremlowskiej dezinformacji, są Kresowiacy.

Środowisko kresowe przez długi czas rzeczywiście nie było wysłuchiwane, w wyniku czego wytworzył się w nim syndrom oblężonej twierdzy, zradykalizowało się. Radykalizacja jest związana również ze zwiększaniem w nim wpływów takich osób, jak profesor Bogdan Paź z Wrocławia czy przede wszystkim ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Do środowiska kresowego dopuszczono skrajnie radykalne grupy, które prowadzą ten ruch na manowce. Widać to chociażby po składzie Honorowego Komitetu Obchodów Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa Polaków na Kresach Wschodnich, który niedawno powołał ksiądz Isakowicz-Zaleski. Z jednej strony zaproszono do niego przedstawicieli tradycyjnego środowiska kresowego, w tym w szczególności działaczy z Dolnego Śląska, gdzie ono się koncentruje, a także samorządowców, księży i biskupów. Do komitetu zaproszono jednak również skrajne postacie, na przykład lidera Falangi Bartosza Bekiera i Marcina Żółkowskiego, do niedawna związanego z Obozem Wielkiej Polski, a obecnie z nazistowskim Narodowym Świtem. Wyraźnie widać, że część przedstawicieli obecnego ruchu kresowego, na przykład ksiądz Isakowicz-Zaleski, nie ma oporów przed dobieraniem różnych współpracowników – byleby ktoś był przeciwko Ukrainie.

A czy w tym przypadku doszukiwanie się rosyjskich inspiracji jest uprawnione?

Nie stawiałbym tej tezy tak bezpośrednio. Działa to raczej na zasadzie dostarczania pożywki informacyjnej środowisku Kresowiaków. Części jego liderów nie przeszkadzają jednak kontakty z ludźmi wybitnie podejrzanymi. Od dawna ksiądz Tadeusz nie ma oporów przed spotkaniami z ludźmi, w przypadku których musi przypuszczać, że są powiązani z Kremlem; a jeżeli nawet takich powiązań nie ma, to są tak straszni, że przyzwoity człowiek nie powinien im podawać ręki. Nie miał on oporów, by występować w Kijowie na konferencjach na temat ludobójstwa wołyńskiego, które prowadził Żorż Dygas – wcześniej związany z II Zarządem Głównym KGB. Ksiądz Tadeusz spotykał się również z Avigorem Eskinem, rabinem i izraelskim przedstawicielem Aleksandra Dugina.

Jak ocenia Pan realny wpływ rosyjskiej dywersji na obecne polskie władze?

Zacznijmy od tego, że owa dywersja ma całkiem spory wpływ na polskie społeczeństwo, a ponieważ społeczeństwo to prowadzący do władz pas transmisyjny, ma ona również przełożenie na decyzje rządzących. Będące na rękę Kremlowi poglądy nie muszą być popierane przez większość Polaków, by polskie władze je uwzględniały – politycy biorą je pod uwagę, gdy chociażby dochodzą do wniosku, że wyznająca je grupa pozwoli im wygrać wybory. Wtedy spin doktor może zasugerować, żeby wyciszyć na przykład głosy poparcia dla Ukrainy.

 

Jakie metody stosują Rosjanie, by wpłynąć na naszych rządzących?

Obecnie rosyjska dywersja usilnie stara się zlikwidować granicę pomiędzy łatwo ulegającą Kremlowi skrajną prawicą a szerokim środowiskiem prawicy nieskrajnej, którą reprezentuje PiS. To właśnie na tym odcinku sceny politycznej jest obecnie prowadzona bardzo intensywna dywersja. Jednym z jej przejawów są media Piotra P. Bachurskiego, takie jak „Warszawska Gazeta”, prowadzące zmasowaną agitację w obszarach, wobec których PiS zachowuje się w sposób umiarkowany, to jest przeciwko Ukrainie czy Niemcom. Tymczasem w Rosję media te nie uderzają prawie nigdy. Antagonizowanie sobie ponad miarę Niemiec, naszego najważniejszego partnera w NATO, jest bardzo szkodliwe i zasługuje na co najmniej taką samą uwagę, jak konfliktowanie się z Ukrainą. Jednocześnie w mediach Bachurskiego niemal w każdym numerze pojawia się w miarę prominentny polityk PiS, który udziela wywiadu, próbując w ten sposób zagospodarować to środowisko.

Przejawem wzajemnego zbliżania się różnych grup prawicowych jest skład wspomnianego Honorowego Komitetu Obchodów Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa Polaków na Kresach Wschodnich. Jego członkami zostało również kilkunastu polityków, głównie z Kukiz’15 i PiS, w tym wiceminister obrony narodowej Michał Dworczyk i wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki. Obaj związani są ze środowiskiem kresowym i szukają w nim poparcia politycznego. Wyraźnie widać, że ksiądz Isakowicz-Zaleski próbuje w zorganizowany sposób wpływać na szerokie środowiska.

Za niezwykle ciekawą uważam również dywersję prowadzoną wobec konserwatywnego PiS w rejonie podkarpackim.

 

W jaki sposób procesy zachodzące na Podkarpaciu miałyby wpływać na politykę wschodnią PiS?

Od jakiegoś czasu w Przemyślu obserwujemy radykalną agitację antyukraińską, w której tworzeniu bierze udział lokalna Wspólnota Samorządowa Doliny Sanu. Kontrolują ją znani z antyukraińskich poglądów Mirosław Majkowski i Andrzej Zapałowski. Nie są w stanie objąć władzy w Przemyślu, ale zdobywając kilkunastoprocentowe poparcie, stają się języczkiem u wagi lokalnej polityki. Ci panowie, wykorzystując miejscowe zadawnione spory polsko-ukraińskie, a także wykorzystując radykalnych nacjonalistów, byli w stanie rozgrzać do czerwoności prawicowy elektorat i stworzyć na Podkarpaciu klimat daleko idącej niechęci w stosunku do Ukrainy. Tym klimatem zarazili dużą część rządzącego na Podkarpaciu establishmentu. Powoduje to, że zarówno władze regionalne, jak i parlamentarzyści PiS brylują raczej w kwestiach wołyńskich niż współpracy regionalnej. Do tego dochodzi prosta arytmetyka wyborcza. Jeżeli przyjmiemy, że Podkarpacie to około jednej piątej elektoratu PiS, nie sadzę, żeby na Nowogrodzkiej podejmowano jakąkolwiek decyzję, która może spowodować utratę tej grupy. Nie oznacza to, że lokalne PiS podziela tak radykalne poglądy, ale tak już jest, że jeśli jeden punkt jest gorący, cały materiał się nagrzewa. W tym przypadku przewodnikiem jest koniunkturalizm polityczny.

Czy można powiedzieć, że nasza partia rządząca ulega kremlowskiej dywersji?

Samo PiS nie przyjęło narracji środowisk skrajnej prawicy, nieraz prorosyjskiej, jednak pragmatyzm polityczny, kalkulacja wyborcza i branie pod uwagę bliskich partii środowisk, które są ofiarami radykalnej kremlowskiej dywersji informacyjnej, są przyczyną niejednoznaczności polityki wschodniej rządu. Obecnie nie wiemy, czy ma być ona endecka, czy prometejska, i stąd pojawiające się pytania, czy Jarosław Kaczyński odszedł od polityki wschodniej Lecha Kaczyńskiego. Lider PiS nie rozstrzyga wewnętrznego sporu dotyczącego polityki wschodniej, bo mógłby stracić zbyt wielu wyborców. Obecnie popierają go obie strony sporu, a skoro nie jest to gra o sumie zerowej, to czemu ma wybierać? Bierze wszystko.

Czy kremlowska dywersja ma przełożenie na politykę partii nieprawicowych?

Oczywiście, widać je chociażby w SLD czy PSL. Mieliśmy również próbę stworzenia lewicowej, silnie prokremlowskiej partii Zmiana, funkcjonującej w ramach synkretyzmu euroazjatyckiego. Przypomnę, że kontrolujący pozostałości po Samoobronie Mateusz Piskorski prawie dogadał się ze stosunkowo silnym na skrajnej lewicy Piotrem Ikonowiczem. Później do Zmiany dołączyły organizacje maoistowskie, stalinowskie i faszystowskie, ale rywalizacja pomiędzy nimi, głównie na tle towarzyskim, sprawiła, że projekt się nie powiódł.

 

Proszę wytłumaczyć, gdzie widać skutki putinowskiej dywersji w polityce Polskiego Stronnictwa Ludowego i Sojuszu Lewicy Demokratycznej?

Wpływy rosyjskiej dywersji na PSL mają stosunkowo długą historię i, w odróżnieniu od przypadków partii prawicowych, nie można powiedzieć, by w szczególny sposób zwiększyły się w ostatnich trzech latach. Ludowcy są akurat dosyć zdyscyplinowaną ekipą, która w kwestiach wschodnich reprezentuje postawę co najmniej ambiwalentną. Widać to po decyzjach podejmowanych przez polityków PSL, takich jak umowa gazowa czy propozycje zniesienia nałożonych na Rosję sankcji. Ludowcy próbują też żerować na sentymencie antyukraińskim.

Jeżeli zaś chodzi o SLD, to warto zwrócić uwagę na to, co działo się z tą partią w 2015 roku. Nagle, w marcu 2015 roku, zanim Paweł Kukiz wykonał swoją woltę wobec Ukrainy, to właśnie SLD na czele z Leszkiem Millerem rozpoczął antyukraińską kampanię. Politycy Sojuszu przestrzegali wówczas przed ukraińskim nacjonalizmem, sugerowali ostrożność we współpracy z Kijowem. Potem ta kampania została wyciszona, jednak Miller w dalszym ciągu jest regularnym gościem na każdym Dniu Rosji w rosyjskiej ambasadzie. Aktywna w kwestiach ukraińskich jest również Magdalena Ogórek, ostatnio lubująca się w publikowaniu zdjęć SS Galizien.

 

W związku z Pana działalnością w 2014 roku w podkrakowskich Dobczycach rozrzucono kilkaset ulotek, w których oskarżono Pana o pedofilię. Czy to była jedyna prowokacja, której padł Pan ofiarą?

Po mojej miejscowości przynajmniej kilka razy kręcili się dziwni ludzie i rozpytywali o mnie. Informowali mnie o tym sąsiedzi. W ostatnich latach kilkukrotnie spotkałem również na ulicy nieprzyjemnych typów, którzy mnie rozpoznali i zaczęli gonić, a pod koniec marca w „Warszawskiej Gazecie” pojawił się poświęcony mi artykuł, z którego dowiedziałem się, że jestem „ukraińską agenturą wyznania mojżeszowego”. Nie przejmuję się tym zbytnio, a każdy cios sprawia, że jestem coraz bardziej zaangażowany. Dla osób zajmujących się kremlowską dywersją spam, pogróżki czy głuche telefony to codzienność.

Przykre jest jednak to, że dla zaangażowanych działaczy brakuje wsparcia ze strony polskiego państwa: zwykły Kowalski nie powinien mieć poczucia, że gdy będzie dyskutował z kremlowskimi poglądami, to zaraz dowie się z sieci, iż jest pedofilem. Tymczasem nawet podanie policji na tacy sprawców rozrzucania ulotek w moim mieście – wraz z numerem rejestracyjnym ich auta oraz zdjęciami ich twarzy z monitoringu – skończyło się niczym, sprawa została umorzona. Podobne doświadczenia ma zresztą między innymi posłanka Małgorzata Gosiewska.

Wasza aktywna walka z kremlowską dywersją jest wyjątkowym zjawiskiem w Polsce, natomiast nie jest jedyną taką inicjatywą w Europie. Jakie inne źródła może Pan polecić?

Najciekawszymi są na pewno ukraińskie StopFake czy Informnapalm, chociaż ten ostatni jest radykalny i na przykład dane zdobyte z komputera Aleksandra Usowskiego potrafił zinterpretować w taki sposób, że okazuje się, iż wszystkie partie polityczne w Polsce działają na rzecz Kremla. Ciekawe są również czeski KremlinWatch i StratCom – ten ostatni to unijna instytucja zajmująca się badaniem technik dywersji, przeciwdziałaniem dezinformacji i prowadzeniem akcji edukacyjnych.

 

Jak więc ocenia Pan działalność StratComu i wysokiego przedstawiciela Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Federiki Mogherini w zakresie walki z kremlowską dywersją?

StratCom wykonuje dobrą robotę, natomiast jeżeli chodzi o Mogherini, to kategorycznie nigdy nie powinna się tym zajmować. Państwa unijne oczekują przeciwdziałania kremlowskiej dywersji i dezinformacji na szczeblu europejskim. Z jakiegoś powodu jednak StratCom jest podporządkowany służbie działań zagranicznych Mogherini, która faktycznie sabotuje jego działalność i wbrew woli państw członkowskich nie wywiązuje się ze swoich obowiązków. StratCom powinien być niezależną agencją Unii Europejskiej. Zajmuje się bezpieczeństwem wewnętrznym, a nie polityką zagraniczną.

 

Co może zrobić Polska, by zwiększyć skuteczność Unii Europejskiej na polu walki z kremlowską dywersją?

Wystarczy powiedzieć, czego nie zrobiono: w StratCom nie ma nawet jednego Polaka. Nie rozumiem, czemu nie znaleziono funduszy, by wysłać tam specjalistę z Polski. A wiem, że takie zapotrzebowanie jest zgłaszane.

Chciałbym, by Polska zdecydowała się na ambitniejszy ruch. Skoro Mogherini nie finansuje StratComu, a wręcz złośliwie tępi tę instytucję, Polska mogłaby ją przejąć: moglibyśmy zaprosić ją do Warszawy, kupić dwa piętra w porządnym biurowcu i w ten sposób ulokować u siebie drugą, obok Frontexu, instytucję unijną. Dobrze by to wyglądało. Placówka byłaby bliżej Rosji, a jednocześnie doszłoby do decentralizacji instytucjonalnej. Dodatkowo obecność takiej placówki – niezależnej od polskiego rządu, ale zlokalizowanej w Warszawie – byłaby katalizatorem naszej walki z kremlowską dywersją. Tylko czy StratCom chciałby przeprowadzać się do kraju, który nie wysłał tam nawet jednego przedstawiciela?

Jakie jeszcze ruchy można wykonać?

W Unii powinien działać centralny i dobrze funkcjonujący StratCom, najlepiej w randze agencji, z którym współpracowałyby krajowe StratComy. Szczebel europejski powinien być nie tyle szczeblem kierowniczym, ile koordynującym – na podobnej zasadzie jak unijni komisarze współpracują z poszczególnymi ministrami. Obok krajowych StratComów powinna powstać cała struktura walki z kremlowską dywersją: chociażby sztab koordynacji sił obywatelskich i państwowych, na bazie którego można by stworzyć coś w rodzaju ruchu obrony informacyjnej. Dziś jest to paląca potrzeba.

 

Rozmowa ukazała się w „Nowej Europie Wschodniej” (numer listopadowo-grudniowy, 6/2017).

 

Marcin Rey jest tłumaczem języka francuskiego. W ramach zaangażowania obywatelskiego prowadzi facebookowy profil „Rosyjska V kolumna w Polsce”, opisujący rosyjską dywersję informacyjną na podstawie analiz źródeł otwartych.

Fot. WIKImaniac (cc by-sa 3.0) commons.wikimedia.org


Polecamy inne artykuły autora: Mateusz Bajek
Powrót
Najnowsze

Historyczny sobór Ukraińskiego Kościoła

18.12.2018
Tomasz Mróz
Czytaj dalej

Muzyczne polowania na czarownice

17.12.2018
Karolina Blecharczyk
Czytaj dalej

Sport postawiony pod ścianą

15.12.2018
Krzysztof Popek Piotr Rowicki
Czytaj dalej

Obserwatorzy w Działaniu

14.12.2018
NEW
Czytaj dalej

Jak de-rumunizowała się Rumunia?

13.12.2018
Krzysztof Popek
Czytaj dalej

Medal Stulecia Niepodległości dla KEW

11.12.2018
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu