Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Mój własny Wschód
2017-07-25
Arkadiusz Siwko

Po podaniu imienia, nazwiska, patronimiku, obywatelstwa, numeru paszportu i buta, nazwiska panieńskiego matki i kilku innych, niezbędnych informacji otrzymujemy świstek papieru, na którym te wszystkie dane zostały skrzętnie odnotowane. Za czterysta rubli możemy wsiąść do Ikarusa, swoistego wehikułu czasu, i opuścić na jego pokładzie terytorium Republiki Adygeja. Naszym celem jest Dombaj, położony przy samej granicy z Abchazją. O bezpośrednim połączeniu nie ma nawet co marzyć. Byle dotrzeć tam do wieczora.

Trzęsie. Łopocze. Rzuca. Przez przeciekający dach otrzymujemy prawdziwy chrzest bojowy. Postój. Do autobusu wsiada zmoknięta babuszka w płaszczu przeciwdeszczowym z wielkim kapturem. Nieśmiało próbuje sprzedać domowe wyroby, ale tym razem nie zarobi ani rubla. Pasażerowie są zbyt zaspani, zakładam słuchawki i wybieram playlistę z utworami Czajkowskiego. Czy w tych okolicznościach istnieje lepszy wybór?

Po prawie pięciu godzinach można rozprostować kości w Niewinnomyssku. Na ścianie zapuszczonego dworca namalowano wielką mapę, na samym środku której znajduje się miejsce naszego chwilowego pobytu. Niewinnomyssk niczym Jerozolima, do której zmierzają marszrutki i autokary z całego Kaukazu. W ofercie Grozny, Machaczkała, Władykaukaz, bezpośredniego połączenia do Dombaju jednak brak. Pozostaje busik do Czerkieska. Ponownie kolejka do okienka: Znowu imię, nazwisko... Mimo niesłabnącej precyzji kasjerek na tym bilecie Arkadiusz Siwko zostaje Arkadiuszem Diwko, a w ramach prezentu otrzymuje obywatelstwo rosyjskie.

Służby nie próżnują. Dwie uczestniczki wyprawy początkowo mają gorzko pożałować zapalenia papierosa przed strategicznym punktem, jakim jest dworzec. Niewinnomysscy stróże prawa wolą jednak rozmawiać o życiu, o Polsce, o polskich papierosach, których nigdy nie palili. W tej Jerozolimie Kraju Stawropolskiego to przybysz jest atrakcją.

Wsiadamy do pachnącego papierosianym dymem autobusu. Obok odjeżdża w kierunku Groznego podobny pojazd, wypełniony Czeczenami. My zaś po dwóch godzinach sennej drogi wysiadamy w stolicy Karaczajo-Czerkiesji. Nad Czerkieskiem górują już nie kopuły cerkwi, ale minarety. Na dworcu straszą zdjęcia ofiar porwań i poszukiwanych zbiegów. Miejscowi błyskawicznie przejmują inicjatywę pytając o szefa naszej wyprawy.

-Misza! - krzyczy młody Karaczaj i po kilku minutach siedzimy w żółtej marszrutce, jakich niezliczona ilość jeździ po dawnych ziemiach białych i czerwonych carów, po wszystkich dawnych republikach i chanatach. Tutaj grupa Polek podróżujących w towarzystwie tylko dwóch mężczyzn to jeszcze większa atrakcja. Przez kilkanaście minut jeden z miejscowych bezskutecznie usiłuje zdobyć serce i numer telefonu mojej koleżanki. Czterokołowa Gazela rusza na południe, w stronę Kaukazu.

I znów: trzęsie.  Łopocze, rzuca. Zna to każdy, komu nieobca jest jazda marszrutką. Mimo to jej urok jest czymś, co rekompensuje zmęczenie i niewygody. Widoki za brudną szybą, karaczajskie rytmy płynące z głośników... Mijamy pejzaże będące jakby połączeniem Orientu z Podhalem, chociaż im wyżej tym bardziej nasze myśli wędrują ku Alpom. Tylko meczety przypominają, że jesteśmy na Kaukazie. W porównaniu z czterogodzinną podróżą przeciekającym Ikarusem podróż gazelą do górskiego Dombaju to  specyficzna, ale niepodważalna rozkosz.

Niewielki Karaczajewsk niewiele różni się od Czerkieska. Dostrzegam bazar i sklep z islamską odzieżą. Przejeżdżamy obok uniwersytetu, którego kadrę jako historykowi nawet zdarza mi się spotykać na konferencjach w różnych częściach Europy.

Postój. Chalis, nasz kierowca, zapala papierosa, a my podziwiamy to, na co czekaliśmy. Ośnieżone szczyty, perła Kaukazu. Na zielonych zboczach pasą się owce i konie. Znów jakby Podhale, ale jednak nie do końca. Pół godziny później kończymy dziesięciogodzinną podróż w Dombaju.

Podoupadły kurort przypomina mi gruzińską Mestię, do której dotarłem kilka miesięcy wcześniej. To przecież tylko dwieście kilometrów na południowy wschód stąd. Te same ośnieżone szczyty. Niemal te same smaki i zapachy. Podobne rysy miejscowych. Zamiast średniowiecznych wież widać te nowsze – niedokończone.

Socmodernistyczne hotele i pensjonaty w kształcie zamków. Niby ten sam Kaukaz, ale jednak nie do końca.


Powrót
Najnowsze

Zrzutka na Seferisa

16.07.2019
NEW
Czytaj dalej

Wilno: Spotkanie wokół obławy augustowskiej 1945

14.07.2019
NEW
Czytaj dalej

Baśnie z tysiąca i jednego protestu. Gruzińska kronika wydarzeń

11.07.2019
Daria Szlezyngier
Czytaj dalej

Wojna nie przynosi ani zwycięstwa, ani przegranej

10.07.2019
Tomasz Filipiak
Czytaj dalej

Integracja, adaptacja, akceptacja. Wsparcie obywateli państw trzecich na Dolnym Śląsku

10.07.2019
NEW
Czytaj dalej

German-Polish-Hungarian Summer WorkLab & Fab

09.07.2019
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu