Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Jeden taki dzień
2011-05-09
Marcin Prengowski
– Pojutrze mamy tu Dzień Zwycięstwa. Wiecie, bo byli u nas faszyści – oznajmia sekretarka naczelnika Kongazu. Niezręczną chwilę ciszy kończy pojawienie się staruszka. Wchodzi Iwan Iwanowicz, najstarszy weteran. Mężczyzna jest szczęśliwy, że został przedstawiony. Nadchodzi jego dzień: 9 maja.

Kongaz to podobno największa wieś na świecie: mieszka w niej 12 tysięcy osób, znajduje się na południu Mołdawii, w autonomicznej republice Gagauzów. Lud ten mówiący dialektem języka tureckiego i wyznający prawosławie zamieszkuje te ziemie od kilku setek lat i chce się odróżniać od Mołdawian mówiących po rumuńsku. Mentalnie bliżej im do Moskwy niż do Kiszyniowa. Zatem Dzień Zwycięstwa to wciąż ważne święto. Przygotowania idą pełną parą: pomnik poświęcony żołnierzom Armii Czerwonej poległym podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej już dawno został umyty, wszystko powoli dopinane jest na ostatni guzik. Niedaleko, przed urzędem, kobiety pielą ogródek. Kilku mężczyzn sennie obserwuje ich poczynania. Jest wśród nich ważna osobistość – pracownik urzędu, Ukrainiec.

– Na uroczystości przywieziemy 40 weteranów Wielkiej Wojny. Złożymy wieńce na pomniku. Będzie też krótkie przemówienie. W tym roku nie nakrywamy do stołu, ponieważ żyje już niewielu weteranów. W zamian za to kupiliśmy prezenty za 700 lei dla każdego. Potem trzeba będzie ich rozwieźć do domów – tłumaczy urzędnik.

Ojczyzna to kobieta
Hol miejscowego urzędu wita tablicą z nazwiskami najsławniejszych mieszkańców wsi. Są tam weterani wojny i przodownicy pracy. Wszystkie fotografie prezentują dumne twarze i wypięte piersi, na których wiszą rzędy radzieckich odznaczeń. Nie brak również przed chwilą poznanego kaowca. Nazywa się Wasilij Semenowicz Ganczaruk.

W przeddzień święta odbywa się generalne sprzątanie, mycie tablic i malowanie chodników. Wszystko musi lśnić. Konieczne jest również pielenie kwiatów i strzyżenie trawy. Bez tego święto byłoby niepełne. Należy przeprowadzić generalną próbę uroczystości, która zresztą co roku wygląda podobnie. W Komracie, stolicy Gagauzji, miejscowa policja do znudzenia powtarza sceny salwy honorowej czy też kładzenia wieńców. Nie może się zdarzyć żadna pomyłka ani gafa. Rzecz jest zbyt poważna. W wielkim czerwonym napisie z kwiatów „S dniem pobiedy” brakuje drugiego „d”. W ciągu kilku minut litera zostaje uzupełniona. Wszystko gotowe. Przechodzące obok starsze panie wykonują znak krzyża.

Dwadzieścia lat po rozpadzie Związku Radzieckiego wciąż żywe są sentymenty i nostalgia za minionym okresem. Przejeżdżając przez niemal każdą miejscowość na Wschodzie, można zobaczyć pomnik ku czci jej mieszkańców zabitych podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Zwykle są na nim nazwiska poległych żołnierzy i sentencja o wiecznej pamięci dla ich bohaterstwa. Najważniejsza jest postać żołnierza chroniącego kobietę – ojczyznę. Przesłanie proste, czytelne, zawsze takie samo. Czasem, jeśli miejscowość jest mała, zamiast pomnika stoi obelisk. To najlepsze miejsce, żeby złożyć kwiaty, przeprowadzić defiladę wojska czy wystawić wartę harcerzy. Obok odbywają się główne, jeśli nie jedyne uroczystości. Jednak są one ważne tylko tam, gdzie Rosja wciąż się liczy. Gagauzja jest dobrym tego przykładem. W Mołdawii brakuje pracy, mimo to bieda nie ma oblicza bezdomności czy głodu. A to dlatego, że niemal każda rodzina ma kogoś za granicą. Rodowici Mołdawianie, mówiący po rumuńsku, a nawet mogący dość łatwo uzyskać rumuńskie, a więc unijne obywatelstwo, wyjeżdżają na Zachód, skąd wysyłają pieniądze krewniakom. Inaczej jest z Gagauzami, którzy wolą pracować w Moskwie. Zwykle nie mówią po rumuńsku, a językiem rosyjskim posługują się lepiej niż ojczystym. Prorosyjskie poglądy świetnie obrazują poczynania Gagauzów w ciągu ostatnich 20 lat. Przysporzyli oni niemało kłopotów mołdawskiemu centrum. W najtrudniejszych momentach budowy kraju Gagauzi ogłosili niepodległość. Ciągłe zagrożenie rewoltą i nieukrywane wsparcie Moskwy zmusiło Kiszyniów do uznania autonomii regionu, mimo że nie ma on zwartych granic i składa się z kilku rozrzuconych po południu kraju gmin. Wciąż istniejące rosyjskie sentymenty oraz niemała samodzielność Gagauzji najlepiej ilustruje uznanie niepodległości Osetii Południowej i Abchazji przez miejscowy parlament, mimo że kroku takiego nie dokonały władze Mołdawii.

Twór z poradziecką nostalgią
W niedalekim Tyraspolu, stolicy nieistniejącej na żadnej oficjalnej mapie Republiki Naddniestrzańskiej, sentymenty są jeszcze większe. Tam większość stanowią Rosjanie i Ukraińcy. Idąc 9 maja w kierunku głównego placu miasta, słyszy się komunistyczne slogany płynące z wszechobecnych megafonów. Uroczystości odbywają się z fetą: władze parapaństwa, wojsko, policja, weterani. Wszyscy składają wieńce i kwiaty, są przemówienia i odczyty. Miasto jest czyste, co na Wschodzie raczej należy rzadkości, i kolorowo udekorowane. Nieruchomo, z postumentów, wydarzenie obserwują generalissimus Aleksandr Suworow, rosyjski zdobywca Mołdawii i założyciel miasta, niemalże uskrzydlony towarzysz Włodzimierz Lenin i radziecki czołg T-34 o numerze porządkowym 125. Nie brakuje też wizerunków Władimira Putina, Dmitrija Miedwiediewa oraz Ernesta Che Guevary. Plakaty te nie powinny dziwić, zważywszy na to, że Federacja Rosyjska hojnie rozdaje własne paszporty mieszkańcom separatystycznych regionów. Nieopodal góruje niedawno wybudowana cerkiew Narodzenia Chrystusa, prawosławny kościół pod patronatem Patriarchatu Moskiewskiego odradza się w naddniestrzańskiej enklawie.

Po oficjalnych obchodach przychodzi czas na wspólny posiłek – kaszę dla każdego weterana. Uczestnicy wojny, jak również rzesze innych emerytów, uginający się pod medalami mają swój dzień, jedyny taki w roku. Są w centrum uwagi. Pozują do zdjęć, dumni z tego, że dobrze służyli państwu, którego już nie ma, i żyją w państwie, którego nigdy nie było. Zaczynają śpiewać, wino i koniak trafiają do głów i rozbudzają stare kości. Ten dzień jest tak różny od pozostałych, że niezbyt spostrzegawczy obserwator może nie zauważyć zniszczonych ubrań, dziurawych butów oraz smutnych oczu ludzi. Młodzi na ogół nie uczestniczą w zabawie. Imprezę traktują jak festyn odpustowy. Za to okoliczne pizzerie są oblężone, obsługa musi zamykać drzwi na klucz, aż się zwolnią miejsca.

Miasto obwieszone czerwonymi flagami świetnie komponuje się ze świeżą zielenią wiosny, tworząc kolorystykę flagi nieistniejącego państwa z realną armią i prezydentem. Pomnik ku czci poległych wspomina również zabitych w Afganistanie oraz podczas wojny z Mołdawią z początku lat dziewięćdziesiątych. Właśnie wtedy kraj ten wywalczył sobie de facto niepodległość.

Naddniestrze, sztuczny twór polityczny i kaprys radzieckich władz stał się zarzewiem wojny domowej po rozpadzie ZSRR. Ludzie mieszkający po wschodniej części Dniestru obawiali się mołdawskich tendencji zjednoczeniowych z Rumunią. Wsparcie zawsze gotowej do pomocy armii radzieckiej, a potem rosyjskiej zapewniło zwycięstwo w krótkim konflikcie i zamroziło sytuację Mołdawii po dziś dzień. To, że Mołdawia jest najbiedniejszym krajem Europy i zapewne nie ma szans na integrację z Unią Europejską, zawdzięcza właśnie Naddniestrzu. Rosja poprzez wsparcie militarne i gospodarcze konserwuje sytuację w Tyraspolu. Jedynie komercja i konsumpcjonizm wdzierają się w szarą rzeczywistość republiki, tworząc dziwaczny twór z poradziecką nostalgią.

Miasta-bohaterowie
Autobus kursowy Kiszyniów-Odessa musi pokonać nie jedną, a dwie granice. Najpierw trzeba wyjechać z Mołdawii i wjechać do Naddniestrza. Potem opuścić Naddniestrze i dostać się na Ukrainę. Wiąże się to z godzinami oczekiwania i nie do końca rutynowymi kontrolami. Parapaństwo nie ma prawa wbijać pieczęci do paszportu, wydaje zatem pseudowizy, które należy oddać przy wyjeździe z kraju. W Tyraspolu dosiada się weteran z Odessy, który Dzień Zwycięstwa spędził w rodzinnych stronach. Teraz postanowił, że będzie siedział z tyłu autobusu. Ta opcja nie odpowiadała podenerwowanemu kierowcy. Ostatecznie pomogło zapewnienie, że w autobusie znajduje się specjalne miejsce dla bohaterów. Staruszek rozsiadł się wygodnie w świeżo stworzonej bussines class.

W Odessie ludzie wolą mówić po rosyjsku. Nie powinno to dziwić, jeśli pamięta się, że to Rosjanie założyli miasto i to Rosjanie stanowią ponad 60 procent mieszkańców. Ukraiński jest tu językiem wsi. Pasażerowie tramwaju ostentacyjnie ignorują ukraińską kasjerkę, bo ta, choć się stara, i tak mówi źle. Gdyby nie napisy na urzędach, nic nie wskazywałoby, że jest to jedno z większych miast ukraińskich.

Maj to już wiosna w pełni. Dziewczęta próbują opalać się nad morzem. Turyści spacerują bulwarami i parkami. Nowe budynki mieszają się ze starymi, które znalazły inwestora, ale i z takimi, które chyba już nigdy go nie znajdą. Na budynku dworca kolejowego napis zapraszający do Odessy, miasta-bohatera. Tytuł ten Józef Stalin nadał 1 maja 1945 roku czterem miastom Związku Radzieckiego. Do końca istnienia imperium otrzymało je zaledwie trzynaście miast. Odessa jest częścią rosyjskiego dziedzictwa kulturowego, w podobnym stopniu jak Moskwa czy Sankt Petersburg. Osiemnastowieczna Rosja, marząca o imperialnej pozycji w Europie, uzyskała dostęp do Morza Czarnego oraz Bałtyckiego, u których wybrzeży założyła duże ośrodki miejskie i portowe, otwierając sobie okno na świat. Mieszkańcy Odessy, znajdując się w granicach niepodległej Ukrainy, nie dostrzegają tego faktu i choćby, podobnie jak na Krymie, na ukraińską hrywnę mówią po prostu rubel. Jest to na wskroś rosyjskie miasto, gdzie pamięć o radzieckich czasach tkwi w świadomości ludzi. Nie jest to jednak nostalgia za minionym, a raczej tęsknota za tym, że nie jest się częścią współczesnej Rosji, kraju, który jest tu widziany jako prawdziwa ojczyzna.

Obchody Dnia Zwycięstwa w Odessie trwają jeszcze 10 maja. Nad samym morzem znajduje się wielki obelisk z płonącym ogniem. Przechodnie wciąż przynoszą kwiaty i pachnący bez. Niemal wszyscy z czarno-brązowymi kokardami symbolizującymi pamięć o poległych. Co ciekawe, wstążka ta nosi nazwę georgijewskiej, ponieważ pochodzi z carskiego Orderu Świętego Jerzego, który Sowieci reaktywowali pod nazwą Medalu za Zwycięstwo nad Niemcami w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Co kilkadziesiąt minut następuje zmiana warty. Młodzi chłopcy i dziewczęta w pionierskich mundurach dziarsko maszerują z atrapami pistoletów maszynowych. Przybywają wycieczki szkolne. Nagle z megafonów dochodzi coś w rodzaju modlitwy-wspomnienia za bohaterów. Ludzie przystają i spuszczają głowy. Trwa to kilka minut. Nikt nie waży się przerwać zadumy. Rodzice tłumaczą dzieciom, o co chodzi. Wydaje się, że odeskie świętowanie ma w sobie szczerą powagę, tak inną od sztuczności, jaką można było zaobserwować w Gagauzji czy Naddniestrzu. Nagle zjawia się orszak weselny. Limuzyna warta zapewne kilkaset miesięcznych pensji przeciętnego mieszkańca miasta staje się prawdziwą atrakcją. Pasażerowie wysiadają z auta. Wyzywająco ubrana panna młoda postanawia wraz z drużbami odwiedzić święte miejsce. Tak nowoczesność wkracza w sferę zarezerwowaną kiedyś dla wojennej pamięci.

Marcin Prengowski jest absolwentem Studium Europy Wschodniej. Współpracuje z portalem Eastbook.eu.

Powrót
Najnowsze

Szczyt potrzebny jego uczestnikom

10.12.2019
Andrzej Szeptycki
Czytaj dalej

Armenia: Serż Sarkisjan trafi do aresztu?

09.12.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Koń trojański? Zwrócenie ukraińskich okrętów

09.12.2019
Marek Bogdan Kozubel
Czytaj dalej

Warszawa: Litwini na Syberii. Wspomnienia Dalii Grinkevičiūtė

06.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Macron i Europa Środkowa, czyli samotność liberałów

05.12.2019
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

Rumunia. Wybory, których ostateczny wynik poznamy za rok

04.12.2019
Michał Torz
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu