Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Zawieszone
2011-04-26
Katarzyna Kwiatkowska
Przyjazny uśmiech zdradza warszawiankę z adopcji, Europejkę z wyboru. Jednak życie w Homlu czy Mińsku daje większe poczucie wspólnoty. Trudne są wybory „zawieszonych” między Białorusią a Polską.

– Przestań się ciągle uśmiechać! – mówi jej matka. Uśmiech Natalki razi, bo jest nietutejszy, zbyt szeroki i przyjazny. Rażąco europejski. Na Białorusi nikt się tak bez powodu nie szczerzy w tramwaju. W miejscach publicznych należy zachowywać powagę. Uśmiech zdradza cudzoziemski luz.

– Pani to chyba długo zagranicą przebywała – domyśla się kelner i nie chodzi mu o zniekształcony akcent, czy, nie daj Boże, błędy językowe. W kawiarniach przebywanie poza krajem ujawnia bowiem oprócz uśmiechu nadmierne użycie wyrażeń grzecznościowych – „przepraszam”, „proszę”. Tu do obcego powinno się mówić ostrzej, chłodniej, z dystansem, widzieć w nim nie człowieka, lecz instytucję, którą reprezentuje. „Nie nado familjarniczat’” – słynna fraza z radzieckiej komedii Ironia losu wciąż ma na Białorusi szerokie zastosowanie.

Wyjazd
Natalia czuje się jak ryba wyciągnięta na brzeg. W 2006 roku, kiedy wyrzucono ją z uczelni i musiała przyjechać do Polski w ramach Programu Stypendialnego im. Konstantego Kalinowskiego, też była życiowo zagubiona.

– To bolesne, gdy zabierają cię z naturalnego środowiska i umieszczają w innym kraju na tak długo – wspomina. Długo wahała się, czy jechać. Dokumenty złożyła w ostatniej chwili. Kiedy ją przyjęli, wylała morze łez, bo tak naprawdę nie chciała zostawiać domu i przyjaciół. Na Białorusi nie miała jednak szans na dalszą edukację.

Urodziła się w 1985 roku w Mińsku. Chciała zostać dziennikarką, lecz tata powiedział, że dziennikarzy teraz duszą. Wybrała więc filologię białoruską z kulturoznawstwem. Koleżanka z uczelni opowiedziała jej o tajemniczej organizacji – Zjednoczeniu Białoruskich Studentów. Natalia wyobraziła sobie olbrzymią salę z czerwonymi krzesłami, tymczasem trafiła do prywatnego mieszkania o nieformalnym umeblowaniu. Obecni tam młodzi ludzie wzbudzili w niej ogromną sympatię, jednak pojawiła się pewna bariera językowa. Natalka, mimo że studiowała filologię, na co dzień rozmawiała po rosyjsku. Z pomocą sympatycznych kolegów przeszła przyspieszony kurs białorutenizacji. Tata rozumiał jej wybór, mama i bracia niestety nie. Mówili na nią „kołchoźnica”. Natalka chciała wciągnąć do ZBS znajomych z roku, ale oni na wszystko, co białoruskie, reagowali z dystansem.

Kiedy wzięła udział w akcji „Chcemy się uczyć po białorusku”, dziekan wezwał ją na dywanik. Po marcowych protestach na placu Październikowym zbierała wywiady ze świadkami szturmu miasteczka namiotowego. Rodzice się bali.
– Wszyscy przez ciebie pójdziemy siedzieć – mówili. Nagrane rozmowy Natalia zapisała w domowym komputerze. Bracia po jakiejś kłótni umyślnie je usunęli. Od tego czasu wie, że zawsze trzeba robić kopie.
Na uczelni czuła się izolowana. Zwyczajnie, jak się jest na cenzurowanym, ludzie nie chcą się z tobą pokazywać. Ojciec szukał pomocy, gdzie tylko można. Znajomy mistrz tajskiego boksu zaproponował, że pogada z dziekanem na osobności.

14 czerwca 2006 roku wyrzucili Natalię z uniwersytetu. Tego samego dnia karetka zabrała ją do szpitala. Odwiedzili ją tam znajomi z ZBS. Natalia powiedziała matce:
– Widzisz, a mówiłaś, że teraz wszyscy się ode mnie odwrócą.
Zdecydowała się na wyjazd do Polski.

Zawsze otoczona rodziną i przyjaciółmi, domowa roślinka, córeczka tatusia musiała wypłynąć na szerokie wody. A w Warszawie obce środowisko, ze swoimi zwyczajami i kodem zachowań, gdzie nie wolno jeździć zajcem, czyli na gapę, bo mandaty są wysokie, a kontrolerzy nie noszą jaskrawych uniformów, które widać na kilometr, tylko sprytnie wtapiają się w tłum, by w odpowiednim momencie wyskoczyć znienacka i zaatakować. Gdzie trzeba radzić sobie samej, znaleźć mieszkanie, wypracować więzi z nowymi znajomymi, nauczyć się języka, który – choć podobny – raził na początku liczbą „pszeków” (przepraszam, proszę). Gdzie wiele rzeczy jest postawionych do góry nogami – ot, na przykład „salony urody”, w których chyba płaci się za to, że zrobią z ciebie brzydactwo (urod – ros. potwór, szkarada).

Studenci natomiast już od pierwszych lat studiów biegają jak kot z pęcherzem, by się gdzieś zaczepić na staż, bo państwo nie gwarantuje pierwszej posady.

Polscy chłopcy też okazali się inni od kolegów Natalii. Z Białorusinem u boku nie trzeba się o nic martwić, bo jest w tamtejszych mężczyznach nieprzekładalna na słowa, lecz odczuwalna mężność. Idziesz na demonstrację sama i do tego w butach na obcasach, ale niczego nie musisz się bać, bo w tłumie zawsze spotkasz kolegów, którzy się o ciebie zatroszczą i w razie niebezpieczeństwa zasłonią przed milicyjnymi pałkami i bezpiecznie odprowadzą do domu. W Polsce mężczyźni błędnie założyli, że niezależnymi kobietami nie trzeba się już opiekować. Nie podają ręki przy wyjściu z tramwaju. Na Białorusi byłoby to niepodobieństwem. Nie zwracają uwagi na czystość obuwia. Każdy szanujący się białoruski mężczyzna, idąc na randkę, ma za pazuchą kieszonkową pastę do butów. W Polsce tymczasem widać już wpływy zachodniej mody na styl miejskich luzaków.

Na pocieszenie Natalia czytała Biegnącą z wilkami – książkę afirmującą kobiecą siłę, kupiła sobie modne kolorowe rajstopy, założyła blog internetowy, gdzie opisywała swoje zdziwienie nad nowym krajem. A potem poszło już z górki.

Powrót
Od pół roku znów jest w Mińsku.
– Ciężko się wraca – przyznaje – zwłaszcza gdy wszyscy znajomi pokończyli już studia, są na etatach, pozakładali rodziny i wiodą stabilne białoruskie życie. Widzę, jak bardzo odstaję od tutejszych ludzi.
Przyjaciele mówią:
– Twój światopogląd różni się od naszego, nie jesteś już Białorusinką!
Natalia, choć jest jej trochę przykro, odpowiada wtedy:
– Jestem młodą, piękną, mocną, kochającą wolność europejską kobietą!

Zadziwia ją stopień zainteresowania, jaki wywołuje. Ludzie zadają jej tysiące pytań, jakby przyleciała z innej planety.

Miejscowi mężczyźni dziwią się, że nie szuka sobie męża, nie buduje rodzinnego gniazda, a przecież staropanieństwo przychodzi tu wcześniej niż w Europie Zachodniej. Dziewczyny zaraz po dwudziestce mają już potomstwo na karku. Natalka nie potrafi tego zrozumieć. Dziwi się też swoim koleżankom, że tyle czasu marnują przed lustrem – nakładają ostry makijaż, stroją się w minispódniczki i niewygodne szpilki. – Na Białorusi dziewczyna uważa się za spełnioną, gdy ma męża i dzieci. Swoje ambicje może sobie włożyć do kieszeni, nikt ich nie potrzebuje.

Natalię martwi brak perspektyw na Białorusi. Ciężko tu znaleźć kreatywne zajęcie, nieziejące biurową nudą i słynną stabilnością za nędzne kopiejki. W Polsce studiowała kulturoznawstwo i zawsze było w czym wybierać: oddolne inicjatywy, festiwale, projekty artystyczne czy wystawy. Dlatego tak ją cieszy festiwal BeYoFest. Będzie to prawdziwe święto białoruskiej kultury. Dwa tygodnie z artystami i wielbicielami sztuki współczesnej. Natalka koordynuje prezentacje małych miejscowości. Chce, by wszyscy dowiedzieli się, że nie tylko stolica ma się czym pochwalić. Jeździ z operatorem i fotografem po całym kraju, zbierając co ciekawszych twórców. Tylko, że jeden taki festiwal to wciąż za mało. Na dodatek niezależny rock znów trafił na państwową czarną listę. Kiedy życie kulturalne ledwo dyszy, najbardziej cierpią kulturolodzy. Nie czuje się obco w swoim kraju, wie jednak, że jest inna od pozostałych. Znów myśli o wyjeździe.

Marzenia
Swieta chciałaby stworzyć na Białorusi czasopismo podobne do polskiego „Wprost” albo „Polityki”. Na razie jednak mieszka w Warszawie, bo do kraju nie ma co się śpieszyć – za Aleksandra Łukaszenki o wolnej prasie można tylko pomarzyć.

Pobyt w Polsce bardzo ją zmienił. Doceniła otwarte granice, swobody obywatelskie, szacunek dla jednostki. Polubiła Warszawę za jej różnorodność, na przykład wietnamskie stragany. Poszerzyła się jej życiowa perspektywa – już wie, że za domem zamiast pola z ziemniakami można uprawiać sad owocowy. Wie też, że życie w warunkach wolnego rynku nie grozi głodem i śmiercią, a samodzielność to gwarancja sukcesu.

Na wiele spraw Swieta spojrzała z innej perspektywy i teraz denerwują ją na Białorusi krzyczące głośniki, choć wcześniej nie zwracała na nie szczególnej uwagi. Na dworcach, w autobusach, pociągach i na ulicach – zewsząd – mówią do obywateli z taśmy: „Strzeż się AIDS”, „Zachowaj ostrożność przy wejściu na ruchome schody”, „Nie wkładaj palców do kontaktu”. Swieta już się odzwyczaiła od tej państwowej nadopiekuńczości.
– Człowiek nie jest przecież na tyle głupi, by zaraz wpaść pod pociąg albo zarazić się wirusem HIV, jeśli go przed tym nie ostrzegą z głośnika – śmieje się. Polskę ceni za lekkość bytu: – Nikogo się tu nie boję. Oprócz dresiarzy.

Mama Swiety nie rozumie świata, w którym żyje jej córka. Homelska rzeczywistość przez ostatnie pięć lat ani trochę się nie zmieniła i nadal nie ma w niej miejsca na nowe idee i niezwykłych ludzi. Najważniejsze jest to, co powiedzą koleżanki z pracy.
– Kiedy staram się jej wytłumaczyć, że można inaczej żyć, ona myśli, że znów się wywyższam, bo taka ze mnie Europejka i warszawianka.

Swieta ma 28 lat, urodziła się w Homlu, gdzie jest ulica Sowiecka i plac Lenina. Homel jest drugim co do wielkości miastem w kraju, ale na Białorusi wszystko poza Mińskiem to prowincja.
– Miejscowi nie tolerują inności. Nawet to, że ubierasz się kolorowo, a nie w szarości jak wszyscy, budzi dezaprobatę, a czasem agresję. Twoim głównym zadaniem jest być taką jak wszyscy. Wychylanie się jest surowo wzbronione – wspomina rodzinne miasto.
Swieta od zawsze chciała być inna. W dzieciństwie przyłączyła się do baptystów, ale rodzice patrzyli na to krzywo. Na siłę wkładali jej spodnie i kazali całować ikonę. Swieta w długiej spódnicy wymykała się na nabożeństwa i czuła się jak męczenniczka za wiarę.

Nie mogła studiować. Chciała się uczyć, ale zaraz po szkole musiała iść do pracy. Sprzedawała w dużym sklepie spożywczym, jedynym na ogromne blokowisko. Zarabiała 150 dolarów miesięcznie.
– Ludzie wzdychali z zazdrością. Mówili: dostajesz takie pieniądze, co ty z nimi robisz! A ja musiałam pracować po 13 godzin na dobę. Wieczorami padałam jak nieżywa – opowiada.

Gdy dostała stypendium Kalinowskiego, nie zastanawiając się ani chwili, wybrała dziennikarstwo. Najpierw studiowała je na prywatnej uczelni, a potem na Uniwersytecie Warszawskim.

Obcość
Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie ten stan zawieszenia… W Polsce nadal czuje się obco. Znajomi dają jej do zrozumienia, że jest tylko w gościach, a nie u siebie.
– Polacy okazali się mało kontaktowi i zamknięci. Cudzoziemców, owszem, lubią, ale tylko tych z Zachodu. Dla nas mają garść stereotypów. Koledzy z prywatnej uczelni mieli jej za złe, że studiowała za darmo. To stało się powodem plotek. Nikt jej nie informował o przeniesionych zajęciach, nie mówiąc już o wspólnych studenckich wyjściach. Gdy próbuje zagaić rozmowę, ludzie z roku zwykle odwracają się na pięcie.
Łatwiej jej znaleźć wspólny język ze starszym pokoleniem, bo młodzi są nieuprzejmi i obojętni.

Inna białoruska stypendystka, studentka kulturoznawstwa, opowiadała z żalem, że ludzie z jej roku, choć obklejeni biało-czerwono-białymi znaczkami „Wolna Białoruś”, nawet się z nią nie witają.
– Życie w Polsce różni się od białoruskiego. Białorusini nie zgubili jeszcze poczucia wspólnoty. Pomagają sobie w codziennych sprawach, dzielą się tym, co mają. Polacy bardziej koncentrują się na sobie i własnych karierach – mówi Olga, studentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pierwsze miesiące pobytu w Polsce były dla niej trudne. Kolegom było obojętne, skąd jest i dlaczego znalazła się w Krakowie. W końcu jednak udało jej się ich odczarować. Dziś pracuje w Telewizji Polskiej. Pomaga też Czeczenom.

Swieta czuje się samotnie i obco (wytrzymuje dzięki mężowi z Białorusi, którego poznała na stypendium). Tylko raz usłyszała od Polaka: „Zostańcie tutaj”. Sympatyczny starszy pan z baru zapytał, czy wie, kiedy człowiek staje się prawdziwym warszawiakiem. Nie wiedziała.
– Gdy wysiada na Dworcu Centralnym, a nie na okrajkach.
Ona tymczasem dojeżdża tylko do Dworca Wschodniego…

Na pytanie o największą wadę pobytu w Polsce Swieta odpowiada:
– Nabyłam tu ogromnego pragnienia, by zmieniać Białoruś. Tyle że nigdy przecież nie będę w stanie się zmierzyć z tym naszym żelaznym status quo.

Katarzyna Kwiatkowska jest dziennikarką, członkinią zespołu kwartalnika „Res Publica Nowa”, specjalizuje się między innymi w tematyce białoruskiej.

Powrót
Najnowsze

Szczyt potrzebny jego uczestnikom

10.12.2019
Andrzej Szeptycki
Czytaj dalej

Armenia: Serż Sarkisjan trafi do aresztu?

09.12.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Koń trojański? Zwrócenie ukraińskich okrętów

09.12.2019
Marek Bogdan Kozubel
Czytaj dalej

Warszawa: Litwini na Syberii. Wspomnienia Dalii Grinkevičiūtė

06.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Macron i Europa Środkowa, czyli samotność liberałów

05.12.2019
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

Rumunia. Wybory, których ostateczny wynik poznamy za rok

04.12.2019
Michał Torz
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu