Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Rozprawa z Kuczmą, a co z „kuczmizmem”?
2011-04-03
Piotr Andrusieczko
Od 22 marca jesteśmy świadkami nowego thrillera politycznego pod tytułem „Kuczma a sprawa Gongadzego”. Chociaż tak naprawdę jest to kolejny odcinek serialu, którego początki sięgają 1994, a może nawet 1991 roku.

Rozwiązanie sprawy Georgija Gongadzego jest możliwe tylko pod warunkiem prześwietlenia ówczesnego układu politycznego i związków polityczno-biznesowo-przestępczych. Słowem, wszystkiego tego, co działo się wtedy w ukraińskiej polityce z dala od jupiterów i kamer. Jest to istotne, ponieważ Ukraina do dzisiaj nie uwolniła się od tego balastu. W gruncie rzeczy chodziłoby o lustrację ludzi związanych z „kuczmizmem”. Obecnie jest to oczywiście niemożliwe.

Czy Leonid Kuczma był rzeczywistym zleceniodawcą śmierci Gongadzego? Głównym „dowodem” na to są od 2000 roku taśmy Mykoły Melnyczenki, czyli byłego majora służby ochrony, który przez dwa lata nagrywał rozmowy w gabinecie (i jak się okazało poza nim) prezydenta Kuczmy. W zapisanych rozmowach Kuczmy z ówczesnym ministrem spraw wewnętrznych Jurijem Krawczenką, szefem Służby Bezpieczeństwa Ukrainy Leonidem Derkaczem, generalnym prokuratorem Mychajłem Potebeńką i szefem administracji prezydenta Wołodymrem Łytwynem poruszany był „problem” Georgija Gongadzego. Język rozmów nie był dyplomatyczny, o czym świadczy na przykład ta wypowiedź Kuczmy: „Wołodia mówi, żeby porwali go Czeczeńcy i wywieźli go na ch.. do Czeczenii, i poprosili o okup”.

Gongadze – tropy, wskazówki, ludzie
16 września 2000 roku o godzinie 22.30 Gongadze wychodzi z redakcji i przepada (później okazuje się, że został porwany). Rodzina i znajomi od początku są bardzo zaniepokojeni. Mają ku temu powody. W czerwcu dziennikarz zwrócił się do Prokuratora Generalnego. Zgłosił, że jest śledzony. W nagraniach Melnyczenki jest o tym mowa. Śledzenie organizował generał Ołeksij Pukacz, naczelnik Głównego Zarządu Śledczego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Ukrainy, zaś dowiedział się o tym zastępca naczelnika Głównego Zarządu Operacyjnego milicji w Kijowie Petro Opanasenko, do którego trafiła skarga Gongadzego. Opanasenko zmarł we wrześniu ubiegłego roku.

2 listopada 2000 roku w lesie koło Taraszczy (obwód kijowski) zostaje znalezione ciało bez głowy. Co ciekawe, w miejscu niedalekim od daczy Ołeksandra Moroza. Żona, znajomi rozpoznają Georgija Gongadzego. Wątpliwości ma matka, która ma wykształcenie medyczne. Do dzisiaj ciało nie zostało pochowane, a matka wskazuje na niezgodności budowy anatomicznej znalezionego ciała z sylwetką jej syna (w tym rany otrzymane przez Gongadzego podczas walk w Suchumi).

Występujący w Radzie Najwyższej 28 listopada 2000 roku lider Socjalistycznej Partii Ukrainy Ołeksandr Moroz wskazuje na Kuczmę i Łytwyna jako zleceniodawców zabójstwa. Ciekawe, że z czasem Moroz zmieni zdanie i zdejmie bezpośrednią winę z Kuczmy, twierdząc, że prezydent został wykorzystany. Podobnie będzie mówił sam Melnyczenko, który – co prawda – uznaje Kuczmę za winnego, ale jednocześnie przekonuje, że to Łytwyn wmieszał prezydenta w sprawę, aby w odpowiednim momencie mógł przeprowadzić zamach stanu. Również wdowa po ministrze Krawczence odrzuca wersję o winie Kuczmy i jednoznacznie wskazuje na Łytwyna. W każdym razie, rozpoczyna się proces mobilizacji antykuczmowskiej opozycji, wybucha akcja „Ukraina bez Kuczmy”, która będzie preludium do późniejszej pomarańczowej rewolucji.

W obliczu następstw zabójstwa Gongadzego pytanie o zleceniodawców nabiera szczególnego znaczenia. Podobnie jak cel. Dlaczego wybrano właśnie Gongadzego? Co prawda, od lat zajmował się dziennikarstwem, ale nie był powszechnie znany. Zasadnicza zmiana nastąpiła właśnie w 2000 roku. 17 kwietnia wystartowała w internecie „Ukrajinśka Prawda”, w której pojawiły się artykuły o władzy i politykach. To mogło irytować bohaterów materiałów, ale ówczesne audytorium było nieliczne. Wcześniej Gongadze wraz z obecną redaktor naczelną „Ukrajinśkiej Prawdy” Ołeną Prytułą przebywali w Stanach Zjednoczonych. Rozmawiali o problemach wolności słowa na Ukrainie i szukali pieniędzy na swój projekt. Znaleźli je, chociaż nawet Prytuła nie wie skąd. No właśnie, o możliwych źródłach finansowania projektu Gongadzego są wzmianki w nagraniach Melnyczenki – mówi się o Mychajle Brodskim i Jewhenie Marczuku.

Z Marczukiem zresztą wiąże się ciekawa kwestia. W 1999 roku, przed wyborami prezydenckimi powstała tak zwana Czwórka Kaniowska, czyli sojusz polityczny opozycyjnych wobec Kuczmy kandydatów. Wśród czterech polityków byli między innymi Ołeksandr Moroz i Jewhen Marczuk. Czwórka miała wyłonić wspólnego kandydata, jednak Moroz wycofał się z poparcia dla Marczuka i sojusz się rozpadł. Moroz przeszedł do twardej opozycji antykuczmowskiej. Wcześniej, jak mówił mi niedawno jeden z kijowskich politechnologów, który pracował w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych w administracji prezydenta, Moroz często nie dotrzymywał uzgodnień zawartych z Kuczmą. Od tego czasu Kuczma podobno nie znosi Moroza i jeśli dołączyć sprawę taśm Melnyczenki, to oczywiście nie można się temu dziwić. Natomiast Jewhen Marczuk, który miał być głównym oponentem Kuczmy w wyborach, skorzystał z propozycji prezydenta i z kontrkandydata stał się sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy. Później pojawiły się informacje wskazujące na rzekomy udział Marczuka w sprawie Gongadzego. W 2005 roku znany były agent Federalnej Służby Bezpieczeństwa Rosji Aleksander Litwinienko, powołując się na rozmowę z Melnyczenką, wymienił Marczuka wśród zleceniodawców zabójstwa Gongadzego. Jednak wydaje się, że to jedna z tych wersji, która miała służyć „zaciemnieniu” prawdy. Chociaż nie można wykluczyć, że za sprawą Gongadzego stał konflikt służb specjalnych.

Pomarańczowa rewolucja dawała nadzieję na szybkie zakończenie śledztwa. Sam Wiktor Juszczenko wielokrotnie obiecywał wykrycie sprawców. W 2005 roku osądzono trzech bezpośrednich wykonawców zabójstwa. Międzynarodowym listem gończym poszukiwano natomiast generała Pukacza, którego zatrzymano w 2003 roku, a później... zwolniono. Odtąd pozostawał w ukryciu. Znaleziono go w roku 2009 nie za granicą, ale w jednej z wiosek w obwodzie żytomierskim (!).

Jednak o prawdziwych zleceniodawcach, wbrew zapewnieniom „pomarańczowych” liderów, opinia publiczna się nie dowiedziała. Roman Kabaczij w swoim komentarzu dla „Nowej Europy Wschodniej” wspomniał o ministrze Juriju Krawczence, który według śledztwa popełnił samobójstwo 4 marca 2005 roku, dzień przed swoimi urodzinami. Jednak – co istotne – minister zastrzelił się w dniu, w którym miał złożyć w Prokuraturze Generalnej zeznania w sprawie Gongadzego. Minister strzelał w swoją głowę dwukrotnie. Według specjalisty od medycyny sądowej profesora Mykoły Poliszczuka, po tak oddanym strzale nikt nie byłby w stanie wystrzelić po raz drugi. Niemniej jednak, oficjalnie śledztwo wskazało przyczynę śmierci ministra: samobójstwo, prawdopodobnie jedno z dziwniejszych w historii kryminalistyki. Podobno Krawczenko przygotowywał dokumenty, które miały wyjaśnić sprawę Gongadzego, jednak po jego śmierci zniknęły.

W 2003 roku w austriackiej klinice umiera na zawał generał-pułkownik MSW Jurij Dagajew (niektórzy twierdzą, że w tej samej placówce leczono później Juszczenkę). Niemal w tym samym czasie do Centralnego Szpitala MSW trafia nieprzytomny generał-pułkownik Eduard Fere. Nie odzyskawszy przytomności, umiera dopiero 1 czerwca 2009 roku. Podobno na „taśmach” Melnyczenki właśnie ich głosy słychać w rozmowie z Łytwynem. Obydwaj mieli się spotykać z Pukaczem w październiku 2000 roku w jednej z pozamiejskich restauracji. Możliwe, że wtedy, kiedy Pukacz przewoził ciało Gongadzego.

Kuczmy ani Łytwyna, mimo że wciąż o nich pisano, ekipa śledcza nie niepokoiła. Prawdopodobnie było to następstwem okrągłego stołu z 2004 roku i udzielonych prezydentowi gwarancji bezpieczeństwa przez Wiktora Juszczenkę. Możliwe, że mógłby o tym coś powiedzieć były polski prezydent Aleksander Kwaśniewski, który był inicjatorem i uczestnikiem negocjacji między władzą i opozycją po drugiej turze wyborów w 2004 roku.

Wychodząc poza wewnętrzny krąg podejrzanych, warto, jak proponuje Wołodymyr Horbulin, przyjrzeć się, kto na tej sprawie skorzystał. Po 2000 roku Kuczma znalazł się w izolacji politycznej ze strony Zachodu. Kuczmagate wykorzystała Rosja. Należy przypomnieć, że z taśmami Melnyczenki była związana jeszcze jedna afera. Po śmierci Gongadzego wybuchł skandal z rzekomą sprzedażą systemu radarowego Kolczuga do Iraku. Jednak Kolczugi w Iraku nie znaleziono. Jak wspomina Horbulin, do 2000 roku w otoczeniu Kuczmy przeważali ludzie o prozachodnim nastawieniu. Później zwolennicy prozachodniego kierunku integracji znaleźli się w mniejszości, a sam Kuczma jeszcze nigdy wcześniej nie spotykał się tak często z kierownictwem Rosji. Rosyjski ślad jest popularny, ale dla równowagi trzeba przywołać również wersję, że to zachodnie służby posłużyły się Gongadzem dla realizacji swojego antykuczmowskiego scenariusza.

Nie wiemy, kto był zleceniodawcą, wiemy natomiast, komu by się to opłaciło. Jednak pojawia się jeszcze jedna niewyjaśniona kwestia: relacja między zabójstwem Gongadzego i taśmami Melnyczenki. Czy morderstwo dziennikarza mogło zostać zaplanowane dopiero po nagranych rozmowach Kuczmy? Horbulin wskazuje, że podsłuchu nie mógł zorganizować sam Melnyczenko, nawet we współpracy z innymi osobami ze służby ochrony. Z tego punktu widzenia istotne byłoby również wykrycie zleceniodawców nagrań Melnyczenki.

Co kombinuje władza?
Śledztwo w sprawie zabójstwa Gongadzego nabrało tempa w ubiegłym roku, gdy kuratorem grupy śledczej został obecny zastępca Prokuratora Generalnego Renat Kuźmin. Jesienią 2010 roku na podstawie ekspertyz ostatecznie ustalono, że głosy na nagraniach Melnyczenki należą do Kuczmy, Łytwyna i Krawczenki. Jednak status nagrań nadal budzi wątpliwości. Według Konstytucji Ukrainy, oskarżenie nie może opierać się na dowodach zdobytych w sposób nielegalny. Natomiast kodeks karny Ukrainy mówi, że dowodem nie mogą być dane o niezidentyfikowanym źródle. Nasuwa się zatem pytanie o wspólników Melnyczenki robiących zapisy pod nieobecność samego majora. Jednak obecnie można mówić o „legalizacji” nagrań Melnyczenki, skoro są one wykorzystywane dla formułowania oskarżeń.

„Ukrajinśka Prawda” wskazuje również na to, że major Melnyczenko zaczął aktywnie współpracować z prokuraturą, kiedy we wrześniu ubiegłego roku Renat Kuźmin odwołał decyzję uniemożliwiającą postawienie Melnyczenki w stan oskarżenia. On sam zapewniał niedawno, że Wiktor Janukowycz nie ma się czego obawiać w związku z ujawnieniem treści nagrań.

Zarzuty wobec Kuczmy zostały sformułowane na podstawie artykułu 166 punktu 3 kodeksu kryminalnego z 1960 roku (obowiązywał na terytorium Ukrainy w 2000 roku). W oskarżeniu jest mowa „o przekroczeniu pełnomocnictw”. Jesienią ubiegłego roku termin odpowiedzialności uległ przedawnieniu. Tym można tłumaczyć, dlaczego sprawy nie poruszono już rok temu, chociaż materiał dowodowy był taki sam – nagrania i zeznania Pukacza. Teraz Kuczma jest oskarżony, a w kolejce oczekuje Wołodymyr Łytwyn. Przynajmniej takiego zdania jest dziennikarz „Ukrajinśkiej Prawdy” Mustafa Najem. Zresztą liczba osób, które przewiną się przez śledztwo, będzie o wiele większa. Już przesłuchano byłego szefa administracji Kuczmy Wiktora Medwedczuka, a także Jewhena Marczuka.

O intencjach władzy napisano wiele. Wskazywano między innymi na datę pojawienia się informacji o oskarżeniu Kuczmy – wiadomość o tym miała przyćmić skutki wizyty Julii Tymoszenko w Brukseli. „Zasłona dymna” jako rzeczywista przyczyna wysunięcia oskarżenia stała się popularnym tematem. Analitycy wskazują, że proces Kuczmy ma służyć odciągnięciu uwagi od rzeczywistych problemów i porażek związanych z reformowaniem gospodarki. Wydaje się jednak, że wytoczenie sprawy przeciwko byłemu prezydentowi jest znacznie poważniejszym przedsięwzięciem. Wskazują na to politolodzy Wołodymyr Fesenko i Wadym Karasiow oraz dziennikarz Mustafa Najem. Stworzenie wizerunku Janukowycza jako sprawiedliwego władcy odbywa się na potrzeby wewnętrzne i dla opinii europejskiej. Za tym może się jednak kryć próba zmiany układu politycznego. Zarówno wielu polityków, jak i przedstawicieli wielkiego biznesu zawdzięcza swoje kariery rządom Kuczmy. Pomarańczowa rewolucja kuczmowskiego systemu nie zmieniła go, a tylko zakonserwowała. Dzisiaj Janukowycz może planować zmianę polityczno-biznesowej sceny poprzez osłabienie polityków i oligarchów wywodzących się z czasów Kuczmy. Może się to odbyć poprzez powiązanie ich ze sprawą Gongadzego. Kuczma nie jest obecny bezpośrednio w polityce, ale ludzie, którzy z nim pracowali, tak. Łytwyn jest spikerem parlamentu mającym wciąż duże ambicje. Być może Janukowycz chce się go pozbyć? Możliwe więc, że sprawa Gongadzego zostanie wykorzystana do próby przeformatowania ukraińskiej sceny politycznej, a być może nawet systemu władzy. Cel jest w tym przypadku oczywisty: zabezpieczenie niezależności Janukowycza od innych polityczno-biznesowych postaci, a w związku z tym wygranie wyborów w 2015 roku.

Możliwe też, że w działaniach władzy – nikt nie ma wątpliwości, że wytoczenie oskarżenia wobec Kuczmy było możliwe tylko dzięki zgodzie Janukowycza. Zapewne związane jest to z tym, że w 2004 roku obecny prezydent był kandydatem władzy, ale po drugiej turze wyborów jego relacje z Kuczmą znacznie się ochłodziły. Poszło o zgodę Kuczmy na „okrągły stół” z opozycją i przedstawicielami środowisk międzynarodowych. Janukowycz poczuł się zdradzony i przed powtórką głosowania ostro atakował ówczesnego prezydenta i jego działania.

Jeśli władza ma rzeczywiście opracowany scenariusz wykorzystania sprawy Gongadzego do realizacji szerszych celów, to jest to bardzo ryzykowna gra. Pierwotnie sprawa Gongadzego miała daleko idące następstwa i trudno sądzić, że były one w pełni zgodne z oczekiwaniami inicjatorów. Teraz może doprowadzić do reakcji, które zamiast wzmocnić władzę Janukowycza, spowodują jego marginalizację. Wbrew politechnologom – zwłaszcza rosyjskim – nie da się kontrolować wszystkich procesów społecznych.

Możliwe, że rację ma Witalij Portnikow, pisząc, iż obecna władza, dając zgodę na wysunięcie oskarżenia przeciwko Leonidowi Kuczmie, do końca nie zdawała sobie sprawy z możliwych konsekwencji. Podobnie było w 2000 roku, konsekwencje zabójstwa Gongadzego bowiem pojawiły się dopiero po kilku latach.

Należy pamiętać, że na nagraniach Melnyczenki znajdują się informacje nie tylko dotyczące dziennikarza, ale ujawniające interesujące kulisy wydarzeń, które również powinny wzbudzić zainteresowanie prokuratury. Taras Czornowił zauważył, że „taśmy” mogą dotknąć nie tylko drugiego prezydenta Ukrainy, ale również Wiktora Juszczenki, który za czasów Kuczmy był szefem Narodowego Banku Ukrainy i premierem. Według Czornowiła w 1999 roku Juszczenko kierował jednym ze sztabów wyborczych Kuczmy. Również Melnyczenko w niedawnym wywiadzie wskazał na istnienie w jego zapisach informacji stawiających w złym świetle poprzedniego prezydenta. Zapewne podobnych rewelacji będzie więcej, ale to dobrze obrazuje problem zasygnalizowany na początku. Potrzebne jest rzetelne prześwietlenie całego systemu zbudowanego w czasach Kuczmy. Tyle że wnioski byłyby zapewne miażdżące dla większości polityków, ponieważ żadna z sił nie działała w transparentny sposób. Wystarczy postawić pytanie o finansowanie opozycji, samego Juszczenki, Tymoszenko, Moroza, Symonenki. Dlaczego nie rozwiązano sprawy „otrucia Juszczenki”, a może jej nie było? Co z podejrzeniami o zamach na Wiaczesława Czornowiła i wieloma innymi pytaniami, na które wciąż nie ma odpowiedzi?!

Może nadszedł czas, by sam Kuczma wskazał tych, którzy mogli stać za sprawą Gongadzego. Na początku bieżącego roku wraz z korespondentem IAR w Kijowie odbyliśmy ciekawe spotkanie ze znanym ukraińskim ekonomistą Ołeksandrem Paschawerem. Przy okazji rozmowy o powiązaniach władzy i biznesu pojawił się temat Kuczmy. Paschawer był doradcą byłego prezydenta i stwierdził, że Leonid Kuczma ma swoją teorię co do tego, kto stał za jego dyskredytacją. Niestety, były prezydencki doradca nie chciał ujawnić tych tez, argumentując, że pierwszy powinien to zrobić sam Leonid Danyłowycz. Czy dowiemy się więc czegoś więcej o tle ukraińskiej polityki sprzed ponad 10 lat?

Trudno być optymistą. W tym wszystkim najmniej chodzi o wyjaśnienie sedna zabójstwa Gongadzego. Można odnieść wrażenie, że ta sprawa jest tylko potrzebna do rozgrywek politycznych. I w tym sensie rację ma matka Georgija, Łesia Gongadze, która od dawna uważa, że jej syn jest wykorzystywany przez różne siły w ich własnych interesach.

Piotr Andrusieczko

Polecamy inne artykuły autora: Piotr Andrusieczko
Powrót
Najnowsze

Macron i Europa Środkowa, czyli samotność liberałów

05.12.2019
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

Rumunia. Wybory, których ostateczny wynik poznamy za rok

04.12.2019
Michał Torz
Czytaj dalej

Białoruś. Rozmowy o ludziach i reżimie #opartenafaktach

03.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Przekleństwo cara Iwana

03.12.2019
Maciej Jastrzębski
Czytaj dalej

Pogrzeb ostatnich synów Rzeczpospolitej Obojga Narodów

02.12.2019
Bartosz Chmielewski
Czytaj dalej

Na granicy zdrowego rozsądku. Estońsko-rosyjski spór graniczny

29.11.2019
Juliusz Dworacki
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu