Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Ruch studencki w budowie
2011-01-17
Z Mykołą Neczwołodem rozmawia Paweł Pieniążek
Paweł Pieniążek: Jesteś przedstawicielem jednej z najaktywniejszych organizacji studenckich – Priama Dija. Jak rozwija się ruch studencki na Ukrainie? Czy młodzież akademicka jest zainteresowana tym, co dzieje się dookoła?

Mykoła Neczwołod: Niestety studenci są dosyć bierni, tak jak całe społeczeństwo na Ukrainie. Po pomarańczowej rewolucji wielu ludzi rozczarowało się ulicznymi akcjami i różni biznesmeni wyczuli w tym interes – pojawiło się dużo opłacanych mityngów. Dlatego gdy teraz idziesz na jakiś marsz czy akcję, to wiele osób uważa, że robisz to ze względu na pieniądze. Wyciągnąć ludzi na taki niepłatny mityng w obronie własnych praw jest bardzo trudno, ale – jak pokazuje praktyka – to możliwe.

Bardzo mnie cieszy, że ruch studencki na Ukrainie nabiera tempa. O ile w 2009 roku na akcje przeciwko wprowadzeniu dodatkowych opłat na uniwersytetach udało się wyciągnąć tylko sto pięćdziesiąt osób, o tyle w 2010 roku – prawie dwadzieścia tysięcy z piętnastu ukraińskich miast. To pokazuje, że studenci zaczynają interesować się swoimi prawami i możliwościami wystąpienia w ich obronie.

Przeciwko czemu buntują się studenci?

Nasza październikowa akcja była wymierzona przeciwko ustawie numer 796 o płatnych usługach, a w listopadowej chcieliśmy przedstawić nasze oczekiwania. Będziemy walczyć o dostęp do oświaty, czyli pełne skasowanie ustawy o płatnych usługach, podniesienie stypendiów (przynajmniej do minimum socjalnego), podniesienie płac wykładowców i zmniejszenie ich obciążenia, o wolny wybór niespecjalistycznych przedmiotów w uniwersytetach itd. Mamy nadzieję, że uda nam się stworzyć taki ruch studencki, który będzie nie tylko bronił przed zakusami władzy, ale i wymagał zwiększenia swoich praw.

A co jest nie w porządku w tej ustawie?

Trzeba zacząć od tego, że analogiczną ustawę władza próbowała wprowadzić w 2009 roku, ale wtedy bardzo szybko udało nam się w całości ją zablokować. W 2010 roku próbowano wprowadzić taką samą ustawę, w myśl której trzeba płacić za opuszczanie zajęć, laboratoriów, organizowanie naukowych i kulturalnych wydarzeń, za wyrobienie legitymacji i dyplomu, za korzystanie z biblioteki, z sali gimnastycznej, a nawet – to już całkowity absurd, „płać albo umieraj” – z punktów medycznych, żądano opłat praktycznie za wszystko. To oczywiste, że takie propozycje nie spodobają się żadnemu studentowi.

W 2009 roku udało nam się zebrać ludzi i przeprowadzić bardzo udaną kampanię. Jednak tym razem władza wykazała się sprytem, dowodząc, że uczy się na własnych błędach. Przed protestem usiłowano doprowadzić do tego, żeby żaden student nie wyszedł na ulicę, więc na dzień przed ogólnoukraińską akcją prezydent Wiktor Janukowycz nakazał premierowi Mykole Azarowowi skasowanie tej ustawy. Zmieniono najbardziej kontrowersyjne punkty, przez co duża część studentów nie wzięła udziału w akcji.

We Lwowie na protesty przyszło ponad pięć tysięcy osób, a w Kijowie, gdzie mieszka cztery razy więcej ludzi, tysiąc. Do tego protest zbojkotowały Kongres Ukraińskich Nacjonalistów i partia Swoboda, których wpływy są nieporównywalnie mocniejsze we Lwowie niż w stolicy. Skąd wzięło się te pięć tysięcy?

Po pierwsze, KUN i Swoboda czy jakiekolwiek inne organizacje polityczne w żaden sposób nie mają nic wspólnego ze studenckimi protestami, które odbyły się 12 października i 11 listopada. My z zasady odmawiamy współpracy z politycznymi partiami, bo troszczą się one tylko o swoje sondaże i za wszelką cenę chcą zdobyć władzę. Dla nas najważniejsze jest stworzenie ruchu studenckiego.

Po drugie, sytuacja we Lwowie jest dosyć specyficzna. Wcześniej organizowano tam liczne protesty przeciwko ministrowi edukacji Dmytrowi Tabacznykowi, więc studenci byli po solidnej rozgrzewce. Jednak ten protest – z czego jesteśmy bardzo zadowoleni – nie był skierowany wyłącznie przeciwko samemu Tabacznykowi, dlatego że taką samą ustawę usiłowano wprowadzić w 2009 roku, gdy ministrem oświaty był Iwan Wakarczuk, a premierem Julia Tymoszenko. W 2010 roku tę ustawę przejął nowy rząd. Okazało się, że różne polityczne siły w jednakowy sposób chcą dorobić się na studentach. To oznacza, że protestowanie przeciwko jakiejś konkretnej osobie nie ma sensu, bo to nie kwestia jednego człowieka, a całego systemu.

Nagłe wykreślenie zapisów z ustawy numer 796 pokazało, że władza obawia się studentów?

Tak, uważam, że władza i administracja uczelni boją się nas. Wiele osób odwiedzających naszą stronę to właśnie urzędnicy. Nasi aktywiści nieraz widzieli w gabinetach dziekanów i rektorów wydruki artykułów z naszej strony. Władza musi liczyć się z Priamą Diją i innymi organizacjami studenckimi, więc śledzi naszą działalność i próbuje jakoś na nią reagować.

Najważniejszym zadaniem Priamoj Diji jest zorganizowanie buntu?

Nie, najważniejszym zadaniem jest zbudowanie na Ukrainie naprawdę niezależnego i potężnego ruchu studenckiego, w którym oprócz studentów znajdą się także wykładowcy akademiccy. Chcemy pokazać, że można walczyć o swoje prawa i budować prawdziwy samorząd.

Aktualnie na Ukrainie nie ma praktycznie żadnej niezależnej, oddolnej organizacji studenckiej. Istnieją tylko związki zawodowe i samorządy studenckie, które są w pełni zależne od administracji uczelni. Wykonują wszystko, co im nakazuje administracja – zajmują się rozdawaniem biletów do metra i przeprowadzeniem raz do roku jakiegoś kulturalnego wydarzenia, na przykład wyborów miss studentów – ale nie ma mowy o jakiejś prawdziwej walce o prawa studentów.

Wspomniałeś, że wykładowcy też angażują się w waszą działalność. Było ich wielu podczas październikowych protestów?

Uważam to za ogromny sukces, że wykładowcy zaczynają interesować się ruchem walczącym o sprawiedliwy dostęp do oświaty. Niestety, tym razem wykładowców było dosyć mało. Mimo że nie udaje się ich jeszcze odpowiednio zmobilizować, to mamy wśród nich wielu sympatyków. Przeważnie dlatego nie chcą się zbytnio angażować, bo obawiają się konfliktów z administracją.

A Wy nie padacie ofiarą administracji uczelni albo władz państwowych?

Czasami mamy problemy, ale i tak jest ich dużo mniej niż na początku, gdy czuliśmy ogromny nacisk ze strony administracji uczelni.

Najgłośniejszy skandal był w Kijowskim Uniwersytecie Narodowym im. Tarasa Szewczenki. Chcieliśmy tam stworzyć klub filmowy i jako związek zawodowy domagaliśmy się swoich praw – udostępnienia pomieszczenia i gablot informacyjnych. Po czym, jak przyznaje administracja, rozpoczęto wojnę przeciwko nam. Wywierano nacisk na członków związku, zwolenników, nawet na ich rodziców, którzy wykładają na uniwersytecie. Oprócz tego związkiem zainteresowała się Służba Bezpieczeństwa – zaczęły się telefony do naszych aktywistów. Raz z naszym aktywistą spotkał się pracownik SBU i powiedział, że jeśli Priama Dija będzie się dalej tak rozwijać, to „trzeba będzie ją jakoś ukrócić”.

Po tym zajściu postanowiliśmy przeprowadzić międzynarodową kampanię solidarności z Priamą Diją. To dało bardzo dobre rezultaty – zorganizowaliśmy konferencję prasową, na której przedstawiliśmy wszystkie przypadki nacisku. W wielu państwach, także w Polsce, przeprowadzono akcje wsparcia. Nadesłano wiele listów z wyrazami poparcia. Po tej akcji naciski rzeczywiście ustały, tak ze strony SBU, jak i administracji. Teraz jest już spokojnie.

Skąd wziął się pomysł na taką organizację?

Idea powstała w kole anarchistów, którzy nie zgadzali się na nieobecność ruchu studenckiego na Ukrainie. Widzieli silne związki zawodowe i samorządy w Europie, ciągłe protesty studentów i stwierdzili, że na Ukrainie też trzeba zrobić coś takiego. Nazwę przyjęli na cześć organizacji studenckiej, który funkcjonowała w połowie lat dziewięćdziesiątych. Nowa Priama Dija powstała w 2008 roku.

Skąd bierzecie pieniądze na waszą działalność?

Działalność związku w całości jest finansowana z dobrowolnych wpłat członków Priamoj Diji. Nie sponsoruje nas żadna partia ani organizacja, wszystko, co robimy, pochodzi z pieniędzy związku i jego aktywistów.

Czy protest z 12 października to Wasz największy sukces?

W czasie istnienia związku to był największy sukces. Razem z wieloma organizacjami pozarządowymi i studenckimi zmobilizowaliśmy około dwudziestu tysięcy studentów. Dla porównania, w 2009 roku przeciwko takiej samej ustawie w Kijowie protestowało tylko stu pięćdziesięciu studentów, w 2010 roku było ich ponad tysiąc.

Przyniosło to wiele pożądanych rezultatów. Oprócz tego, że władza musiała zmienić najważniejsze zapisy ustawy, udało się pokazać studentom, że realny protest jest możliwy i może przynieść efekty.

Poza protestami próbujecie jakoś wpływać na legislację?

Oczywiście, działalność Priamoj Diji i organizacji, z którymi współpracujemy, nie ogranicza się tylko do ulicznych demonstracji. Na przykład w listopadzie odbyła się konferencja prasowa na temat równego dostępu do oświaty i walki o nią. Bierzemy udział w okrągłych stołach z politykami, z ministrami. Organizujemy spotkania i dyskusje ze studentami. Prowadzimy systematyczną pracę we wszystkich możliwych kierunkach. W żadnym przypadku nie można ograniczać się do demonstracji ulicznych, bo to stanowczo za mało.

Organizacje studenckie najprężniej działają w Kijowie?

Jak na razie tak, ale teraz na Krymie powstaje niezależny związek studencki, z którym aktywnie współpracujemy. Rozmawiamy też z innymi miastami, w których brakuje takich organizacji. Spodziewamy się rozwoju związków.


Mykoła Neczwołod studiuje prawo na Kijowskim Uniwersytecie Narodowym im. Tarasa Szewczenki; jest aktywistą Priamoj Diji od 2008 roku.

Współpraca: Katarzyna Kaczyńska

Powrót
Najnowsze

Gruzińskie Marzenie w obliczu kryzysu

15.11.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Program konferencji Polska Polityka Wschodnia 2019

14.11.2019
NEW
Czytaj dalej

Gra o tron w Gruzińskim Kościele Prawosławnym

14.11.2019
Daria Szlezyngier
Czytaj dalej

Zatrzymanie Ihora Mazura. Rosyjska prowokacja

13.11.2019
Eugeniusz Sobol
Czytaj dalej

Mołdawia: Upadek egzotycznej koalicji

12.11.2019
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

Profesor Andrzej Nowak odznaczony Orderem Orła Białego

12.11.2019
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu