Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Czy w Rosji wybuchnie kolorowa rewolucja?
2010-10-26
Andrzej Szeptycki*
Powyższe pytanie można potraktować dwojako. W pierwszym przypadku chodzi o to, czy w Rosji mogą się powtórzyć wydarzenia, jakie obserwowaliśmy w Gruzji w 2003 roku i na Ukrainie w 2004 roku.

Obecnego prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa łączą pewne wspólne cechy z bohaterem pomarańczowej rewolucji Wiktorem Juszczenką. On też był młodym, zdolnym człowiekiem systemu. Był, przypomnijmy, premierem w okresie drugiej kadencji Leonida Kuczmy. To wtedy zdobył sobie sympatię społeczeństwa dzięki wizerunkowi kompetentnego, nieskorumpowanego polityka. Dopiero kiedy pozbyto się go z rządu, na dobre związał się z opozycją. Miedwiediew mógłby pójść podobną drogą.

Popuśćmy wodze fantazji. Jest rok 2012. Choć Władimir Putin postanowił wrócić na Kreml po czterech latach przerwy, Miedwiediew podejmuje decyzję, że będzie ubiegać się o reelekcję. Rosyjski duumwirat się rozpada. Obecny prezydent staje na czele „partii Miedwiediewa”, która – jak wiadomo – istnieje w Rosji, tylko nie wiadomo, czy sam Miedwiediew dziś do niej należy. Może liczyć na poparcie części wyborców i elit, którym podoba się „bezkompromisowa” polityka młodego prezydenta i marzy się bardziej nowoczesna, mniej poradziecka Rosja. Prezydent – wbrew sondażom – wybory przegrywa. Pojawiają się głosy, że wyniki zostały sfałszowane. I co dalej? Czy oszukani wyborcy wyjdą na ulice, czy będą w stanie się zorganizować, żeby przeciwstawić się potężnej machinie państwa? Nie wydaje się to zbyt prawdopodobne. Ukraińcy „szykowali się” do rewolucji cztery lata – była akcja „Ukraina bez Kuczmy”, niemal wygrane wybory parlamentarne w 2002 roku, Kanał 5, działalność „Pory” etc. Tego Miedwiediewowi brakuje. Ma jednak inny atut – partię Miedwiediewa, część administracji, adminresursu, po które może sięgnąć. Być może z ich pomocą uda mu się wygrać i triumfalnie ogłosić obrońcą demokracji. Taki scenariusz będzie miał jednak więcej wspólnego z rozgrywkami wewnątrzpałacowymi niż z autentycznym protestem społecznym, jakim była – przy wszelkich jej słabościach – rewolucja 2004 roku na Ukrainie. I jeszcze jedna sprawa – porównanie Miedwiediewa do Juszczenki nie jest przypadkowe. Obu polityków łączy nie tylko to, że są ludźmi systemu, ale i to, że właśnie z powodu swojej przeszłości nie potrafią z nim skutecznie walczyć. Juszczenko zawsze się wahał – inaczej niż Julia Tymoszenko – czy walczyć z systemem Kuczmy, czy iść z nim na układy. Miedwiediew jawi się na tle Putina jako zwolennik zdecydowanych rozwiązań, niemniej bilans jego kadencji jest dość umiarkowany. Nawet gdyby miał stanąć na czele „kolorowej rewolucji” (co nie wydaje się zbyt prawdopodobne), jego porewolucyjne rządy nie przyniosłyby zasadniczych zmian w Rosji.

Czas na drugie, bardziej zasadnicze pytanie: czy możliwa jest demokratyzacja i modernizacja Rosji? W ekonomii znany jest termin „choroba holenderska”, oznaczający negatywne skutki gospodarcze odkrycia złóż surowców naturalnych. Zyski, jakie przynosi najczęściej ropa czy gaz, prowadzą do dezindustrializacji, zmieniają społeczeństwo lub jego część w klasę rentierów, a z władzy czynią dystrybutora tego łatwo zdobytego bogactwa. Choroby holenderskiej można uniknąć, jeśli państwo i gospodarka znajdują się na odpowiednio wysokim poziomie rozwoju w momencie odkrycia drogocennych złóż (casus Norwegii). W innych przypadkach łatwo można się jej nabawić. Rosja niewątpliwie cierpi na chorobę holenderską. To jednak stosunkowo świeży problem.

Największą bolączką, z jaką boryka się Rosja, jest syndrom imperialny. Rosja/ZSRR nie była jedynym imperium w czasach nowożytnych. Większość imperiów istniejących w ciągu ostatnich dwustu lat powstało jednak w inny sposób – Wielka Brytania, Francja, później Stany Zjednoczone były narodem, zanim stały się imperiami; co więcej, miały określony system instytucji, tradycje ochrony praw człowieka i swobód obywatelskich, „kapitalistyczną” gospodarkę. W przypadku Rosji sytuacja była i jest skrajnie odmienna. Wielka Brytania miała imperium, Rosja była (jest) imperium. To właśnie imperium jest kluczowym elementem jej tożsamości. Syndrom imperialny trochę niczym „choroba holenderska” utrudnia modernizację, sprzyja osyfikacji istniejących struktur politycznych i społecznych, ogranicza możliwości rozwoju demokratycznych instytucji. Warunkiem sine qua non demokratyzacji Rosji jest przezwyciężenie syndromu imperialnego – uznanie prawa do samostanowienia kolonialnych narodów Federacji Rosyjskiej (Kaukaz Północny, Syberia), rezygnacja z ingerencji w wewnętrzne sprawy państw sąsiedzkich. Doświadczenia ostatnich dwudziestu lat pokazują, że Rosja nie jest na to gotowa. Symptomatyczne jest, że nawet projekty „modernizacji” Rosji (Rossija XXI wieka: obraz żełajemo zawtra, Institut Sowriemiennogo Razwitia, Moskwa 2010) zakładają, że nowoczesna Rosja będzie mocarstwem, uznają za oczywistość istnienie ścisłych powiązań na obszarze poradzieckim i pomijają milczeniem kwestie przyszłości nierosyjskich mieszkańców Rosji. W tych warunkach demokratyzacja Rosji wydaje się co najmniej wątpliwa.

* Andrzej Szeptycki jest adiunktem w Instytucie Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, członkiem Rady Forum Polsko-Ukraińskiego. Stały współpracownik „Nowej Europy Wschodniej”.
--
Zobacz także tekst Dmitrija Babicza  Daremne oczekiwania Kaczyńskiego na rewolucję w Rosji !

Powrót
Najnowsze

Płomień Braterstwa – bez Polaków czulibyśmy się dziś osamotnieni

22.08.2019
Mateusz Stachewicz Ołena Bodnar
Czytaj dalej

Gruzja: pełzająca aneksja

20.08.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Warszawa: Tych lat nie zapomni historia… Stosunki polsko-sowieckie w czasie II wojny światowej

19.08.2019
NEW
Czytaj dalej

Płomień Braterstwa – Szukanie łączników

16.08.2019
Sonia Knapczyk
Czytaj dalej

Obalić bolszewików

15.08.2019
Jan Pisuliński
Czytaj dalej

Schyłek putinizmu nie jest równoznaczny z perspektywą budowy demokracji

14.08.2019
Jadwiga Rogoża Krzysztof Popek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu