Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
9 maja na pojednanie
2010-05-07
Sławomir Popowski
9 maja – Dień Pobiedy – wygrywa w Rosji ze wszystkimi innymi świętami. To najważniejszy dzień w kalendarzu, najbardziej przez Rosjan szanowany, o którym sami mówią, że jest dla nich jak Nowy Rok albo urodziny.
                    
X
Nie ma w tym żadnej propagandy. Są oczywiście wieńce i kwiaty, składane tego dnia przed kremlowskim Grobem Nieznanego Żołnierza, na Pokłonnej Górze w Moskwie; w Petersburgu (który na jeden dzień znów staje się Leningradem) i w Wołgogradzie/Stalingradzie (na Kurhanie Mamaja), a także w dziesiątkach innych rosyjskich miast. I przede wszystkim na żołnierskich mogiłach.

Są też oficjalne przyjęcia z udziałem weteranów i świąteczne koncerty. Ale wystarczy pójść w tym dniu choćby do moskiewskiego Parku Kultury im. Gorkiego, w którym spotykają się bohaterowie tamtej Wielkiej Wojny, aby poczuć zupełnie inny klimat: pamięć o ponad dwudziestu milionach poległych i radość ze spotkania z dawnymi frontowymi kolegami, którzy przeżyli i wciąż żyją (choć z każdym rokiem jest ich coraz mniej). Trzeba wtedy wypić „przydziałowe, frontowe sto gram” – bez toastu za tych, co zginęli lub odeszli, i z toastem nadziei za przyszłoroczne spotkanie. Wieczorem zaś obowiązkowo doczekać do salutu trzydziestu salw armatnich (jak wtedy, 9 maja 1945 roku) i krzycząc „Urrra!”, obejrzeć pokaz świątecznych fajerwerków. Najlepiej w tłumie, na moskiewskich Leninskich Górach, które po latach wróciły do starej nazwy Gór Worobiowych.
 
X
Kiedyś, w końcu lat osiemdziesiątych, u szczytu pierestrojki, zaskoczył mnie widok starego dozorcy, który zamaszyście zamiatał ulicę, odświętnie ubrany, w ciemnej marynarce obwieszonej frontowymi orderami: „Za odwagę”, „Za Smoleńsk”, a także „Za Warszawę” i „Za Berlin”. Sprawiał wrażenie szczęśliwego i dumnego, bo to było jego święto. Wszyscy mu się kłaniali i go pozdrawiali – nawet zupełnie obcy przechodnie...

Bo na co dzień było szaro i smutno. Jako weteran miał prawo kupić na przykład deficytowy tort pticze mołoko (ptasie mleczko) albo Praga w kombinacie gastronomicznym o tej samej nazwie (przy Prospekcie Kalinina, dziś Nowoarbatskim). Ustawiał się więc o szóstej rano w długiej kolejce takich samych jak on weteranów, aby potem szybko sprzedać te delikatesy na którymś z moskiewskich kołchoznych rynkow. Bo to nie był tort dla wnuka, ale dodatek do nędznej emerytury... 9 maja dozorca znów mógł poczuć się bohaterem. Był nim w istocie, niezależnie od kolejnych politycznych i ideologicznych zakrętów, którymi garbowano jego skórę i umysł.

X
Rzecz ciekawa, 9 maja w dawnym ZSRR uznano za święto już w 1945 roku, ale od 1947 roku był to znowu zwyczajny dzień roboczy, oficjalnie prawie zapomniany. Przypomniano sobie o nim dopiero „za Breżniewa”, w 1965 roku, w dwudziestą rocznicę zakończenia II wojny światowej. Wtedy to oficjalnie znów stał się „czerwoną kartką” w kalendarzu. I chociaż obchodzono go co roku, to wielkie parady na Placu Czerwonym organizowano tylko przy okazji okrągłych rocznic: w latach 1965, 1985, 1990. Dopiero od 1995 roku defilady odbywają się co roku. Ale nawet wówczas, w czasach, gdy Dzień Zwycięstwa przegrywał (ze względów ideologicznych) z 1 maja, a przede wszystkim z 7 listopada – rocznicą rewolucji październikowej, zarezerwowaną dla demonstracji potęgi i siły ZSRR – dla tysięcy radzieckich weteranów było to ich jedyne, prawdziwe święto. To ich był park Gorkiego i bratnie mogiły, przy których spotykali się z frontowymi kolegami – trochę tak, jak co roku na Powązkach o godzinie „W” spotykają się żołnierze Powstania Warszawskiego. W najtrudniejszych czasach było to święto zastępujące wszystkie inne i upamiętniające wszystko, co przeżyli w okopach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i po jej zakończeniu.

X
Pamiętam swój wyjątkowy Dień Pobiedy – jeden z trzynastu, które przeżyłem w Rosji. To było w 1992 roku. Mój moskiewski przyjaciel, niemiecki korespondent, z którym spotykałem się co wieczór na spacerze z naszymi psami, zwierzył mi się, że chce adoptować rosyjskie dziecko. Powiedziałem mu: „Chodź do mnie. Blanka (moja żona) zorganizowała w szkole syna akcję pomocy dla dzieci z moskiewskiego sierocińca przy Jugo-Zapadnej; zrobiła zdjęcia z uroczystości, jakie odbyły się z tej okazji. Przynajmniej zobaczysz, co to za dzieci”. Przyszedł. Przy którymś zdjęciu powiedział tylko: „Poczekajcie, zaraz wracam...”, i wybiegł. Wrócił po kilkunastu minutach z oprawioną w ramki fotografią: „Zobaczcie, ten chłopiec na ławce jest taki podobny do mnie, gdy miałem sześć lat...”.
 
To był Dima, w którego adopcji pomagaliśmy. I właśnie 9 maja 1992 roku jechaliśmy świątecznie udekorowaną Moskwą, pełną łopoczących flag, by na odpowiedzialność mojej żony zabrać Dimę po raz pierwszy poza mury domu dziecka. Powiedziałem do Blanki: „Zobacz, co za paradoks historii. Ty – córka »Oskara« z pułku Baszta, który w Powstaniu Warszawskim bronił barykady w Alejach Niepodległości, i Wandy ze starego śląskiego rodu, która całą wojnę spędziła na robotach, oraz ja – syn człowieka, który w czasie wojny był w konspiracji, a potem przymusowo został wcielony do II Armii Wojska Polskiego i doszedł do Odry, jedziemy pomóc Hermanowi, Niemcowi, adoptować rosyjskiego chłopca...”. Potem był piknik nad rzeką Moskwą, a kilka miesięcy później wspólna Wigilia, na którą do Moskwy przyjechali moi teściowie – „Oskar” i Wanda... Była choinka do sufitu, opłatek, śpiewaliśmy kolędy: na zmianę – jedna polska, jedna niemiecka, polska, niemiecka... Do późnej nocy.

Do dziś się przyjaźnimy. Po wielu przygodach Dima stawia w Kolonii pierwsze kroki jako projektant mody. Nazwałem to naszą małą polityczną ekumeną.

X
Czytam teraz o sporach, jakie rozgorzały po ogłoszeniu apelu, aby 9 maja zapalić znicze na grobach radzieckich żołnierzy poległych w Polsce podczas II wojny światowej i w ten sposób odwzajemnić Rosjanom okazane po katastrofie pod Smoleńskiem współczucie i wyrazy sympatii, a także dać mocny impuls dla pojednania między naszymi narodami. Nie miałem żadnych wątpliwości, że powinienem podpisać się pod tym apelem.

Słyszę dziś, że wybraliśmy niewłaściwą, niefortunną datę, bo nowe zniewolenie, bo Stalin... I myślę sobie: co to ma do rzeczy? Pojednanie ma sens i jest możliwe tylko wtedy, gdy oddzielimy je od polityki. Data ma znaczenie drugorzędne, zwłaszcza że dla Rosjan 9 maja to zupełnie inny dzień niż dla nas. Bo co z tego, że wielka pieśń Swiaszczennaja wojna w końcu lat dziewięćdziesiątych stała się nieoficjalnym hymnem rosyjskich komunistów i że od niej zaczynała się każda ich demonstracja? Kilkadziesiąt lat wcześniej towarzyszyła ona radzieckim ochotnikom wyruszającym na front z moskiewskiego Dworca Białoruskiego... Posłuchajcie jej z takiej właśnie perspektywy...

X
Na koniec jeszcze jeden apel o jeszcze jedno pojednanie: polsko-polskie. Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, który w zastępstwie nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego jedzie do Moskwy na uroczystą defiladę z okazji sześćdziesiątej piątej rocznicy zakończenia II wojny światowej, powiedział w wywiadzie dla TVN24, że po raz pierwszy od kilkuset lat po Placu Czerwonym będą maszerować polscy żołnierze. Mylił się. Nasi żołnierze brali udział w historycznej defiladzie zwycięstwa w czerwcu 1945 roku. Maszerowali jako wydzielony oddział – jedyny z zagranicy – w kolumnie Frontu Białoruskiego. Czy nie jest rzeczą znamienną, że nawet historyk z wykształcenia o tym zapomina? I czy ci weterani, których nowa polityka historyczna uważa jakby za „mniej słusznych”, nie zasługują na dobrą pamięć? Choćby z okazji sześćdziesiątej piątej rocznicy zakończenia II wojny światowej, o którym to święcie – gdyby nie uroczystości w Moskwie – pewnie w ogóle byśmy nie pamiętali?

Sławomir Popowski

Tekst ukazał się na "Studio Opinii"

Polecamy inne artykuły autora: Sławomir Popowski
Powrót
Najnowsze

Zrzutka na Seferisa

16.07.2019
NEW
Czytaj dalej

Wilno: Spotkanie wokół obławy augustowskiej 1945

14.07.2019
NEW
Czytaj dalej

Baśnie z tysiąca i jednego protestu. Gruzińska kronika wydarzeń

11.07.2019
Daria Szlezyngier
Czytaj dalej

Wojna nie przynosi ani zwycięstwa, ani przegranej

10.07.2019
Tomasz Filipiak
Czytaj dalej

Integracja, adaptacja, akceptacja. Wsparcie obywateli państw trzecich na Dolnym Śląsku

10.07.2019
NEW
Czytaj dalej

German-Polish-Hungarian Summer WorkLab & Fab

09.07.2019
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu