Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Polska polityka wschodnia po Smoleńsku
2010-07-02
Dariusz Kałan*
Tragiczna śmierć Lecha Kaczyńskiego, autora najbardziej wyrazistej w ostatnich latach koncepcji polskiej aktywności na Wschodzie, sprawiła, że wytworzył się pewien stan zawieszenia, w którym kwestia utrzymania dotychczasowych priorytetów stanęła pod znakiem zapytania. Ponadto obserwujemy istotne przewartościowania w polityce zagranicznej Rosji, Ukrainy i Litwy, które wymagają polskiej reakcji. W tej nowej sytuacji wewnętrznej i międzynarodowej będzie musiał odnaleźć się prezydent Polski.

Polityka wschodnia miała być tematem jednej z debat organizowanych przez sztab Jarosława Kaczyńskiego w ramach cyklu rozmów o Polsce. Mimo że ostatecznie do niej nie doszło, wydaje się, że oceny i poglądy prezesa PiS-u w tej sprawie są dobrze znane. Kampania tocząca się pod hasłem wypełniania „testamentu” ofiar Smoleńska, a także aktywna obecność w sztabie Pawła Kowala, jednego z pomysłodawców polityki poprzedniego prezydenta, pozwalają przypuszczać, że w przypadku zwycięstwa w wyborach Jarosław Kaczyński będzie podążał szlakiem wytyczonym przez zmarłego brata.

Lech Kaczyński z pewną przesadą podkreślał bliskie związki łączące Polskę z krajami wschodnimi oraz starał się budować współpracę na wspólnocie celów strategicznych, z których na pierwszy plan wysuwała się polityczna, ekonomiczna i energetyczna niezależność od Rosji (stąd projekt ów zyskał miano „sojuszu słabych”). Jednak z perspektywy pięciolecia widać, że większość inicjatyw prezydenta miała charakter ceremonialny i symboliczny. Co więcej, Kaczyńskiemu nie udało się przełożyć cennego konsensusu w sprawach geopolitycznych na kwestie bieżące w relacjach dwustronnych. Żadna z jego szesnastu wizyt na Litwie nie przyczyniła się do rozwiązania któregoś z palących problemów od lat dzielących oba państwa. Dwadzieścia spotkań z Wiktorem Juszczenką zaowocowało pewnymi osiągnięciami jedynie na polu pamięci historycznej, jednak szybko zostały one roztrwonione przez niefortunne decyzje ukraińskiego prezydenta w sprawie Stepana Bandery. Paradoksem historii jest, że Lech Kaczyński, który w czasie swojej kadencji ani razu nie spotkał się z prezydentem Rosji, po śmierci stał się symbolem polsko-rosyjskiego zbliżenia.

Nieskuteczność „sojuszu słabych” jest tylko jednym z powodów, dla których Jarosław Kaczyński, jeśli wygra wybory, powinien gruntownie przemyśleć tę strategię. Ślepe podążanie drogą Lecha Kaczyńskiego miałoby jakiekolwiek racjonalne uzasadnienie tylko wtedy, gdyby prezydentem Litwy nadal był Valdas Adamkus, gdyby na Ukrainie ciągle rządził zwycięzca pomarańczowej rewolucji, a w relacjach polsko-rosyjskich nie doszło do zmiany klimatu; słowem, gdyby czas zatrzymał się na roku 2005. Naturalnie nie chodzi tylko o personalia, chociaż polityka Lecha Kaczyńskiego była w dużej mierze oparta na stosunkach osobistych i straciła swój pazur, gdy na Litwie i Ukrainie zmieniła się władza. O wiele ważniejszy wydaje się nowy, zupełnie unikalny kontekst międzynarodowy, jaki uformował się w ciągu ostatnich tygodni. Jego bieguny z jednej strony wyznacza odzyskanie międzynarodowego zaufania przez Rosję, z drugiej – „ekonomizacja” polityki zagranicznej Litwy i Ukrainy. Taki kontekst wymaga reakcji w postaci polityki przemyślanej na nowo w celach krótkoterminowych. Trwanie przy anachronicznym „sojuszu słabych” w świecie, w którym żaden ze „słabych” partnerów nie jest zainteresowany jego kontynuacją, byłoby wyrazem politycznej krótkowzroczności.

Większą zagadkę stanowią poglądy na sprawy wschodnie kandydata PO. W czasie pierwszej debaty w TVP Komorowski zapytany o politykę wschodnią mówił o Afganistanie i stosunkach transatlantyckich. Na spotkaniu na Uniwersytecie Warszawskim swoją wizję aktywności zagranicznej streścił w minimalistycznym „nie zepsuć tego, co zostało osiągnięte”. Dlatego warto przypomnieć bardziej konkretny głos marszałka z czasu, gdy po sopockiej wizycie Putina przez polskie media przetoczyła się najintensywniejsza od lat dyskusja o polskiej polityce wschodniej. Komorowski włączył się w nią tekstem pod wiele mówiącym tytułem Pamiętajmy o Ukrainie i Białorusi, razem tworzyliśmy I Rzeczpospolitą („Gazeta Wyborcza”, 22 września 2009).

W obszernym artykule Komorowski nie ucieka, niestety, od powtórzeń, schematów i oczywistości. Co więcej, popełnia błąd charakterystyczny dla części elit politycznych i intelektualnych. Niemal jak odkrycie traktuje stwierdzenie, że Polska w specjalny sposób musi interesować się wschodnimi sąsiadami; to, co powinno być punktem wyjścia i co od przeszło dwudziestu lat stanowi aksjomat polskiej polityki zagranicznej, u Komorowskiego staje się celem i zostaje ubrane w dumne szaty „polityki wschodniej”. Tymczasem wydaje się, że lekcja Giedroycia, mówiąca o misji Polski we wspieraniu suwerenności sąsiadów, już dawno została odrobiona, a przywoływanie nazwiska redaktora „Kultury” przy okazji każdej dyskusji o polityce wschodniej jest wyrazem albo mody, albo bezradności elit, które nie potrafią dostosować do kontekstu XXI wieku koncepcji zarysowanej w innej sytuacji geopolitycznej.  

Ową bezradność widać także w tekście Komorowskiego. Marszałek w nieco paternalistycznym duchu pisze, że obowiązkiem Polski jest „pomoc Ukrainie, a w dalszej perspektywie także Białorusi, w przygotowaniu do członkostwa w organizacjach międzynarodowych”. Trudno zaprzeczyć, że z punktu widzenia interesów i bezpieczeństwa Polski obecność tych państw w instytucjach zachodnich byłaby korzystna, jednak warto zapytać kandydata na prezydenta: pomóc, ale jak? Ekonomicznie? W tej konkurencji Polska na starcie przegrywa z Rosją. Rywalizacja jest zresztą utrudniona z powodów technicznych, bowiem na wschodniej Ukrainie, czyli w ekonomicznym sercu kraju, nie ma ani jednego polskiego konsulatu. Może politycznie? Kontakty na poziomie ministerstw i zaplecza parlamentarnego nie są intensywne, a praca rodzimych dyplomatów, próbujących skierować uwagę Brukseli na tereny za naszą wschodnią granicą, nie przynosi większych rezultatów.

Na szczegółowe pytania dotyczące Ukrainy, Litwy i Białorusi nie znajdziemy odpowiedzi ani w cytowanym tekście Komorowskiego, ani w żadnej jego wypowiedzi z czasu kampanii wyborczej. Trudno oprzeć się wrażeniu, że marszałek bezwiednie powiela dotychczasową retorykę części polskich elit, która za wspólnym doświadczeniem historycznym i – jak to ujął premier Donald Tusk („Gazeta Wyborcza”, 10 maja 2010) – „testamentem politycznym i moralnym środowiska „Kultury”, ukrywa brak pomysłu na ułożenie relacji ze wschodnimi partnerami.

Polityka, nawet oparta na najbardziej stabilnych fundamentach ideowych (do takich należy dziedzictwo Giedroycia), tworzy się w pewnym czasie i w dynamicznym kontekście. Jeśli polska elita nie będzie potrafiła jasno zdefiniować swoich celów na Wschodzie, może się okazać, że jedyną odpowiedzią na rozwijającą się sytuację międzynarodową będzie wygodne zaniechanie. Zostanie ono z pewnością przedstawione jako osiągnięcie i jeden z etapów budowania „jedności europejskiej” w danej sprawie. Sytuacja taka nie jest abstrakcyjna. Od kilku tygodni obserwujemy proces odzyskiwania międzynarodowego zaufania przez Rosję. Rozpoczął się on wraz z dojściem do władzy Baracka Obamy w USA i zmianą retoryki Kremla na „modernizacyjną”, a obecnie wyraża się w zakończeniu czterdziestoletniego sporu z Norwegią o podmorskie złoża ropy naftowej na Morzu Barentsa, intensyfikacją kontaktów handlowych z Francją oraz poprawą klimatu w stosunkach z Polską. Pewne przesunięcia mają miejsce na Litwie i Ukrainie. Ta pierwsza odeszła od idealistycznych koncepcji wypracowanych przez Adamkusa i wybrała bardziej pragmatyczny stosunek do Moskwy. Rozwój strategicznego partnerstwa z Polską oraz wspólne działania na rzecz demokratyzacji krajów poradzieckich wypadły z agendy litewskiej polityki zagranicznej. Także Ukraina „ekonomizuje” swoją aktywność zewnętrzną, co w jej przypadku oznacza, że zaczyna przedkładać bieżące interesy gospodarcze ponad długoterminowe cele integracji euroatlantyckiej.

Polskie elity polityczne i intelektualne odpowiadają milczeniem. Nikt jeszcze nie przedstawił projektu wykorzystania odmrożenia relacji z Moskwą; żaden z polityków nie wskazał nawet, które problemy Polska w tej chwili uważa za strategiczne (ekonomiczno-energetyczne czy historyczne?) i do rozwiązania których będzie dążyła w pierwszej kolejności. Nie dostrzegam pomysłów na kontakty z Ukrainą, zarówno ze środowiskiem prezydenta Janukowycza, jak i opozycją (nie tylko polityczną, ale także biznesową, niezadowoloną z dominacji oligarchii donieckiej). Tym trudniej przedstawić pomysły na zagaszenie pożarów w stosunkach z Litwą i Białorusią.
 
Główni pretendenci do urzędu prezydenckiego albo uciekają w banał i oczywistość (Komorowski) albo trzymają się rozwiązań anachronicznych i nieefektywnych (Kaczyński). Obawiam się, że w czasach, w których, aby skutecznie funkcjonować w przestrzeni publicznej trzeba być albo zaciekłym antykaczystą, albo bezwarunkowym zwolennikiem lidera PiS-u, dyskusja o polskiej polityce wschodniej także w dużej mierze została zamknięta w zaklętym kręgu partyjnej przepychanki. Jałowość sporu PiS-PO najlepiej obrazują głosy dwóch przedstawicieli obu tych obozów, które kilka miesięcy temu wybrzmiały na łamach „Nowej Europy Wschodniej”. Paweł Kowal (Cienie Piastów) i Radosław Sikorski (O Giedroycia sporu nie ma) zamienili debatę o polityce wschodniej w licytację, kto bardziej kocha i lepiej rozumie Jerzego Giedroycia i jego dzieło.

W polskim systemie politycznym prezydent, wbrew obiegowej opinii, posiada możliwości zajmowania się polityką wschodnią; zarówno Aleksander Kwaśniewski, jak i Lech Kaczyński potrafili wypracować własne zdanie w tej kwestii. Dlatego bez względu na to, kto zostanie nową głową państwa, Kancelaria Prezydenta powinna zarysować nową wizję polskiej aktywności na Wschodzie, która uwzględniałaby odpowiedzi na najbardziej naglące pytania.

Pierwszym i najczęściej zadawanym, głównie przez ukraińskich partnerów, jest to, czy ocieplenie klimatu w rozmowach z Rosją będzie odbywać się kosztem krajów Europy Wschodniej. Można odnieść wrażenie, że polscy politycy nie doceniają wagi obaw Ukrainy związanych z ożywieniem relacji z Moskwą. I chociaż wydaje się, że rola adwokata ukraińskich starań o członkostwo w UE jest trwale wpisana w doktrynę polskiej polityki zagranicznej (nie tylko z sympatii dla Ukraińców, ale przede wszystkich z punktu widzenia polskiego interesu narodowego), gdy zabraknie wyraźnych gestów lub nowych polsko-ukraińskich inicjatyw, powstanie próżnia, którą łatwo będą mogły wypełnić środowiska skrajne po obu stronach granicy.

Drugie pytanie brzmi: w jaki sposób pogodzić działania Polski na rzecz kształtowania wschodniego wymiaru UE z budowaniem przyjaznych relacji bilateralnych ze wschodnimi sąsiadami? W ostatnim czasie obserwujemy proces „europeizacji” polskiej polityki wschodniej, bowiem coraz częściej podstawową ramą dla stosunków z Ukrainą i Białorusią staje się Bruksela. Model, który dziś firmuje minister Sikorski, ma wzmacniać naszą siłę decyzyjną wewnątrz Wspólnoty, jednak wydaje się, że im szybciej zdamy sobie sprawę, że interesy takich państw, jak Francja, Włochy czy Hiszpania są odmienne od tego, co do niedawna było fundamentem polskiego myślenia o Wschodzie, tym szybciej polityka „europeizacji” zostanie poddana daleko idącej weryfikacji.

Niezbędne wydaje się także precyzyjne zarysowanie instrumentarium prowadzenia polityki wobec Litwy, Ukrainy, Białorusi i Rosji w nowym kontekście międzynarodowym. Każde z tych państw znajduje się w odmiennej sytuacji politycznej i gospodarczej, różny jest także stopień napięcia w stosunkach z Warszawą. Wzmocnienie własnej i niezależnej (także od centrum brukselskiego) polityki dwustronnej wobec tych państw będzie wyzwaniem, przed jakim stanie nowy prezydent.

Pozostaje kwestia Partnerstwa Wschodniego. Opory największych państw unijnych, prognozowany „reset” między Polską a Rosją i pierwotna niewydolność tego projektu sprawiają, że jego formuła powinna zostać na nowo przemyślana.

Dzisiaj ani elita polityczna, ani intelektualiści nie mają recepty na dylematy, przed jakimi stanęła Polska po tragedii smoleńskiej. Być może rozwiązaniem jest – jak sugeruje Marcin Wojciechowski („Gazeta Wyborcza”, 12-13 czerwca 2010) – zbudowanie wspólnego polsko-niemieckiego projektu wschodniego. Miałby on szansę częściowo „odeuropeizować” polską politykę wschodnią, bowiem osłabiłby wpływy krajów najbardziej rusofilskich, a jednocześnie pozwoliłby budować pozycję Warszawy wewnątrz Unii.

Warto również przemyśleć ożywienie Grupy Wyszehradzkiej. Tak jak Lech Kaczyński próbował wykorzystać koniunkturę w relacjach polsko-ukraińsko-litewskich, jaka zarysowała się po pomarańczowej rewolucji, tak przyszły prezydent powinien starać się zbudować podobny, choć oparty na bardziej pragmatycznych przesłankach sojusz z Węgrami, Słowacją i Czechami. We wszystkich tych krajach zmieniły się w ostatnim czasie rządy; co więcej, do władzy doszli (lub najpewniej dojdą po zakończeniu rozmów koalicyjnych) politycy deklarujący prawicowe lub centroprawicowe sympatie, czyli – przyjemniej teoretycznie – bliscy obu kandydatom na prezydenta Polski. Sygnał gotowości do takiej współpracy dał już Viktor Orban, który z pierwszą zagraniczną wizytą udał się do Warszawy. Wypracowywanie pomysłów dotyczących wschodu Europy razem z Budapesztem, Bratysławą i Pragą powinno być łatwiejsze niż przekonywanie Paryża, Rzymu i Madrytu.

* Dariusz Kałan jest studentem Studium Europy Wschodniej i redaktorem Portalu Spraw Zagranicznych.

Powrót
Najnowsze

Zrzutka na Seferisa

16.07.2019
NEW
Czytaj dalej

Wilno: Spotkanie wokół obławy augustowskiej 1945

14.07.2019
NEW
Czytaj dalej

Baśnie z tysiąca i jednego protestu. Gruzińska kronika wydarzeń

11.07.2019
Daria Szlezyngier
Czytaj dalej

Wojna nie przynosi ani zwycięstwa, ani przegranej

10.07.2019
Tomasz Filipiak
Czytaj dalej

Integracja, adaptacja, akceptacja. Wsparcie obywateli państw trzecich na Dolnym Śląsku

10.07.2019
NEW
Czytaj dalej

German-Polish-Hungarian Summer WorkLab & Fab

09.07.2019
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu