Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Wywieśmy flagę
2010-08-16
Andrzej Szeptycki*
W ostatnich dniach nasze domy i ulice ozdobiły, jak co roku, biało-czerwone flagi. „Jedna z osiemnastu najważniejszych bitew w dziejach świata”, „zatrzymanie bolszewickiej nawały”, „Polska przedmurzem Europy” – przez to słuszne skądinąd samozadowolenie często zapominamy, że za pokój z bolszewikami zapłaciliśmy określoną cenę: zgodziliśmy się na podział Ukrainy i Białorusi, zostawiając na lodzie ukraińskich sojuszników. 24 sierpnia Ukraina będzie obchodzić dziewiętnastą rocznicę uzyskania niepodległości. Solenizantka jest już pełnoletnia i może dlatego kolejne urodziny nie budzą wielkich emocji; tak przynajmniej staram się sobie tłumaczyć relatywny brak zainteresowania nowych władz ukraińskich nadchodzącym świętem. Nie zmienia to jednak faktu, że choć minęły blisko dwie dekady, powstanie samostijnoji Ukrainy jawi się jako wydarzenie przełomowe, niemal mistyczne.

Przez lata niepodległa Ukraina jako państwo, jako koncepcja polityczna miała być definitywnie wymazana nie tylko z mapy świata, ale i z pamięci jej mieszkańców. Zabiegali o to zgodnie zarówno Rosjanie i Sowieci, jak i Polacy. Po wschodniej stronie granicy drogę wskazał w połowie XIX wieku Piotr Wałujew: „odrębnego języka małorosyjskiego nie było, nie ma i być nie może”, choć władze ZSRS twórczo rozwinęły praktykę poprzedników, dążąc z jednej strony do rozwoju kultury ukraińskiej (polityka korenizacji), z drugiej zaś do fizycznego wyniszczenia „narodu małoruskiego” (Wielki Głód). W Polsce rodzimi komuniści z pomocą moskiewskich mocodawców niemal skutecznie wcielili w życie endecką koncepcję państwa jednolitego etnicznie. „Jeżeli Rusini mają zostać Polakami – pisał Dmowski – to trzeba ich polonizować; jeżeli mają zostać samoistnym, zdolnym do życia i walki narodem ruskim, trzeba im kazać zdobywać drogą ciężkich wysiłków to, co chcą mieć, kazać im hartować się w ogniu walki”.

Nie czas tu ani miejsce, by szczegółowo analizować polskie i radzieckie działania przeciwko żywiołowi ukraińskiemu. Warto jednak przypomnieć jedną datę. We wrześniu 1988 roku polskie MSW i sowieckie KGB zakończyły ostatnią operację wymierzoną w ukraińskie podziemie. Trzy i pół roku po dojściu do władzy Gorbaczowa, pół roku przed Okrągłym Stołem Ukraińcy wciąż stanowili zagrożenie. Trzeba przyznać, że nie my jedni tak uważaliśmy. George Bush senior podczas wizyty w Kijowie na początku sierpnia 1991 roku (trzy tygodnie przed ogłoszeniem niepodległości!) wygłosił słynny Chicken Kiev speech, podkreślając między innymi, że Stany Zjednoczone „nie będą pomagać tym, którzy promują samobójczy nacjonalizm, opierający się na nienawiści etnicznej”. Świat zachodni bał się przemian w tej części Europy – chodziło w pierwszej kolejności o problem niemiecki, ale również o wiatr niepodległości wiejący przez były blok sowiecki. Prezydent François Mitterrand wyrażał obawy przed odrodzeniem się nacjonalizmów w „Rumunii, Mołdawii, Siedmiogrodzie, Nadrenii, Prusach Wschodnich, na Mazurach”. System dwubiegunowy okazał się niepozbawiony zalet.

A jednak stało się. Pucz moskiewski przyspieszył upadek sowieckiego imperium. Trzy dni po nieudanym przewrocie Rada Najwyższa USRR proklamowała niepodległość. Decyzję tę obywatele Ukrainy zatwierdzili w referendum 1 grudnia. „Za” głosowały wszystkie regiony – nawet rosyjski Krym. Wkrótce potem Jelcyn, Krawczuk i Szuszkiewicz dokonali formalnego aktu rozwiązania ZSRS. Wszystko to wydawało się nierealne. Można było sądzić, że porozumienia białowieskie to kolejna inscenizacja mająca na celu przedłużenie żywota Niezwyciężonego Związku.

Obawy okazały się płonne. Samostijna Ukraina stała się faktem. Borykała się i do dziś się boryka z problemami typowymi dla nowych państw niepodległych, by nie rzec – postkolonialnych. Te słabości są powszechnie znane: ułomny system polityczny, wahający się od łagodnej dyktatury w okresie Kuczmy do niemal permanentnego kryzysu politycznego po pomarańczowej rewolucji, niezreformowana gospodarka, podległa oligarchom i uzależniona od rosyjskiego gazu, podzielone społeczeństwo ze słabo zdefiniowaną tożsamością narodową, niezlikwidowane rosyjskie bazy wojskowe, brak jasnych perspektyw w stosunkach z instytucjami zachodnimi.

To wszystko nie zmienia jednak zasadniczej sprawy. Ukraina – pisał Kuczma – to nie Rosja. Świadczy o tym (chwilowy wprawdzie) triumf rewolucji 2004 roku, zacięta rywalizacja dwóch głównych kandydatów w ostatnich wyborach prezydenckich, ciągnące się spory o własność ukraińskiego systemu energetycznego, pluralizm religijny, jaki ukształtował się nad Dnieprem w ostatnich dwudziestu latach. Wraz z Ukrainą Rosja utraciła ważny, jeśli nie kluczowy element Russkogo mira. Wynika to ze względów geopolitycznych, gospodarczych, ale i kulturowych (Kijów – matka ruskich miast). Przestała odgrywać pierwszoplanową pozycję w regionie Europy Środkowej i Wschodniej oraz w basenie Morza Czarnego. Przywołując Brzezińskiego – przestała być imperium.

W 2007 roku w Kijowie zebrało się polsko-ukraińskie Zgromadzenie Międzyparlamentarne. Któregoś dnia obrady zakończyliśmy w znanej knajpie Baraban przy Chreszczatyku. Było tam kilku posłów, między innymi jeden z ministrów obecnym rządzie, oraz grono stałych bywalców. Po wstępnych kurtuazjach sala zaczęła śpiewać to polskie, to ukraińskie piosenki – najpierw lekkie, z czasem coraz poważniejsze. Gdzieś koło północy zgromadzeni dotarli do pieśni Ukraińskiej Powstańczej Armii: Wże weczir, weczorije / Powstańśke serce b’je / A łenta, za łentoju / Naboji podaje. //  Ach, łenta, za łentoju / Naboji podawaj / Ukrajinśkyj powstańcze / W boju ne widstupaj.

Ten wieczór to symbol cudu, jaki dokonał się w ciągu minionego ćwierćwiecza. Oto Polska i Ukraina są wolne od moskiewskiego jarzma; podjęły próbę przezwyciężenia trudnej przeszłości. Pojawiła się nawet koncepcja „strategicznego partnerstwa” obu państw, choć nie przyniosła ona, niestety, zbyt wielu wymiernych efektów.

Dlatego 24 sierpnia wywieszę flagę – niebiesko-żółtą. Warto pamiętać o tym, co zdarzyło się przed dziewiętnastu laty, gdyż powstanie niepodległej Ukrainy w nieodwracalny sposób zmieniło nasz świat. Nie zapominajmy o tym.


* Andrzej Szeptycki jest adiunktem w Instytucie Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego i członkiem Rady Forum Polsko-Ukraińskiego. Stały współpracownik „Nowej Europy Wschodniej”.

Powrót
Najnowsze

Płomień Braterstwa – bez Polaków czulibyśmy się dziś osamotnieni

22.08.2019
Mateusz Stachewicz Ołena Bodnar
Czytaj dalej

Gruzja: pełzająca aneksja

20.08.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Warszawa: Tych lat nie zapomni historia… Stosunki polsko-sowieckie w czasie II wojny światowej

19.08.2019
NEW
Czytaj dalej

Płomień Braterstwa – Szukanie łączników

16.08.2019
Sonia Knapczyk
Czytaj dalej

Obalić bolszewików

15.08.2019
Jan Pisuliński
Czytaj dalej

Schyłek putinizmu nie jest równoznaczny z perspektywą budowy demokracji

14.08.2019
Jadwiga Rogoża Krzysztof Popek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu