Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Manewry Euromajdan 2013
2013-12-16
Piotr Pogorzelski
Protesty rozpoczęły się 21 listopada, gdy rząd ogłosił, że zawiesza przygotowania do podpisania umowy stowarzyszeniowej z Brukselą. Uczestnicy pierwszej manifestacji zorganizowali się przez Facebook, VKontaktie i Twitter, nie było partyjnych flag.

3 dni później swoją manifestację zorganizowała opozycja – zainstalowała swoją scenę na położonym kilkaset metrów od Majdanu placu Europejskim. Protest trwał tam kilka dni i zaczynał przypominać tradycyjne manifestacje opozycji z grupami opłaconych emerytów i studentów. Na odbywającej się cały czas obok manifestacji społecznej zamiast partyjnych symboli, byli uczestnicy-wolontariusze. Opozycja zrezygnowała więc po pewnym czasie z własnych protestów i dołączyła do oddolnie zorganizowanej akcji. Z tych manewrów wewnętrznych wypłynął pierwszy wniosek dla opozycji: ludzie jej nie ufają, bardziej ufają działaczom społecznym – bez ich poparcia żaden antyrządowy protest nie ma szans na sukces.

Manifestacje powoli przycichały, aż do brutalnej pacyfikacji 30 listopada, kiedy to oddziały specjalne Berkut biły pałkami i kopały nawet leżących. Według mediów akcja była zorganizowana za zgodą prezydenta, ale nie wiadomo, czy sankcjonował on taką brutalność funkcjonariuszy. Jeżeli nie, oznacza to, że wbrew powszechnemu przekonaniu, Wiktor Janukowycz nie ma pełnej kontroli nad wydarzeniami w kraju. Albo też, że są ludzie, którzy mogą go podstawić.

 

Koniec szklanej pogody 

Na akcji skorzystała głównie opozycja. Po pierwsze, wzrosły nastroje antyrządowe, a następnego dnia na manifestacje przyszło kilkaset tysięcy osób, które chciały pokazać, że nie boją się organów ścigania; po drugie, opozycjoniści przekonywali, że gdyby protest 30 listopada odbywał się pod flagami partyjnymi i przy udziale deputowanych, na pewno by się tak źle nie skończył. Stąd wniosek numer dwa dla opozycji: sektor pozarządowy nie jest samowystarczalny i potrzebuje wsparcia opozycji parlamentarnej. 

Z akcji wypłynął także pierwszy wniosek dla władzy: tak daleko posunąć się nie można. Atak oburzył bowiem Zachód, z którym większość oligarchów chce mieć dobre stosunki. Stąd wzięły się oświadczenia Wiktora Pinczuka, czy Rinata Achmetowa, którzy wyrażali sympatię wobec protestujących. Telewizje należące do nich, podobnie, jak Inter związany z Administracją Prezydenta przez osobę współwłaściciela Serhija Liowoczkina, nie były w żadnym stopniu lojalne w stosunku do władz: pokazywały pałowanie leżących na ziemi i wyraźnie współczuły demonstrantom. Wniosek numer dwa dla władz brzmi więc: nie możemy liczyć na ślepe poparcie mediów. Nie są już one narzędziem propagandy. Został tylko jedyny ogólnokrajowy kanał telewizyjny, Pierwszy, który jest tubą propagandową władz i nikt przy zdrowych zmysłach go nie ogląda (chyba że transmisje sportowe). I jeszcze wniosek numer trzy dla rządzących: mimo że Rodzina (grupa polityczno-biznesowa związana z Wiktorem Janukowyczem) rośnie w siłę, to oligarchowie, dzięki mediom i kontaktom na Zachodzie, nadal nie są piątym kołem u wozu, czy też może lepiej byłoby powiedzieć: kołem zapasowym. 

 

Kozły ofiarne dla „Kozłów” na Majdanie

Wszystko to skłoniło Wiktora Janukowycza do złożenia obietnicy ukarania winnych. W sobotę 14 grudnia mieliśmy już listę głównych kozłów ofiarnych – według listy odsunięci od wykonywania obowiązków służbowych zostali czterej wyżsi rangą urzędnicy: szef kijowskiej milicji Walerij Koriak oraz inny funkcjonariusz z kijowskiego MSW, zarządzający stolicą (szef Kijowskiej Miejskiej Administracji Państwowej) Ołeksandr Popow i wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Wołodymyr Siwkowicz. Sankcje nie dosięgły jednak najwyższych władz: ministra spraw wewnętrznych Witalija Zacharczenki, czy szefa Rady Bezpieczeństwa Andrija Klujewa. Według mediów, właśnie ten ostatni miał być pomysłodawcą całej akcji.

W międzyczasie doszło też do zamieszek przed Administracją Prezydenta. Doprowadziła do nich prawdopodobnie grupa prowokatorów. Zatrzymano kilkanaście przypadkowych osób, które akurat nawinęły się pod pałkę berkutowców. Trzeci już wniosek dla opozycji brzmi: należy lepiej kontrolować tłum. Stąd tego samego dnia powstały barykady społeczne, które miały chronić milicję i wojska wewnętrzne przed napadami prowokatorów.

3 grudnia opozycja spróbowała odwołać w parlamencie rząd. Nie udało się, ponieważ jest ona zbyt słaba, ma zbyt mało głosów, poza tym głosowanie odbyło się zbyt szybko – można było znaleźć więcej głosów wśród niezrzeszonych, niezadowolonych członków Partii Regionów, czy nawet komunistów. Opozycja pospieszyła się, co znów obnażyło gorzką prawdę, która będzie czwartym wnioskiem dla opozycji: bez ulicy, oponenci władz są niczym. Są jak mały piesek atakujący wilczura, który zazwyczaj w ogóle nie zwraca na niego uwagi.

 

Raz, dwa, trzy – Zachód patrzy!

Kolejna demonstracja opozycji 8 grudnia była już lepiej zorganizowana, choć tego dnia doszło do jednego niekontrolowanego incydentu: nacjonaliści obalili pomnik Lenina. Wówczas powstały też w mieście mocne barykady, które de facto zablokowały dzielnicę rządową. Władze uznały, że granica została przekroczona i w poniedziałek wieczorem rozpoczęły akcję ich usuwania. Wnioski z poprzednich dni zostały jednak od razu wcielone w życie: żadnego pałowania, tylko odsuwanie demonstrantów tarczami. I rzeczywiście – akcja nie wywołała oburzenia: zarówno na Zachodzie, jak i na Ukrainie. Zostało to zrozumiane, w końcu każdy chce przejechać przez centrum, a działania milicji odbywały się w granicach prawa.

Granice te przekroczyli jednak demonstranci. Rządzący tak się tym ucieszyli, że w nocy z wtorku na środek zaatakowali Majdan. Władze cały czas sprawdzają bowiem, jak daleko mogą się posunąć. Tego już jednak było za wiele – zaatakowano twierdzę rewolucji i to gdy w Kijowie przebywała szefowa unijnej dyplomacji Catherine Ashton oraz przedstawicielka Departamentu Stanu USA Victoria Nuland. Mimo że w nocy funkcjonariusze MSW zlikwidowali dwie barykady, to w dzień musieli się wycofać, a prezydent został zmuszony do zadeklarowania, że rozpocznie rozmowy z opozycją. Wniosek numer cztery dla władz: Zachód nie zaakceptuje agresji wobec pokojowych demonstrantów, nawet jeśli łamią oni prawo. 

Wiktor Janukowycz usiadł zatem w piątek do okrągłego stołu z opozycją. Nie zgadzam się z powszechną opinią, że te rozmowy nic nie dały. Dały i to wiele. Wiktor Janukowycz, który jest dość dobrym uczniem, doprowadził do ich zwołania – i to jest najważniejsze. Człowiek, który nie jest skłonny do ustępstw, który zazwyczaj rozmawia z pozycji siły, usiadł wraz z innymi, aby pokazać, że chce znaleźć rozwiązanie. Oczywiście, można powiedzieć, że został do tego zmuszony: przez Zachód, przez oligarchów, przez tłum na ulicach. Po tym posiedzeniu pojawiły się wiadomości o ukaranych za rozpędzenie Majdanu. Pozwala to mieć nadzieję na to, że dojdzie do jakiegoś kompromisu władzy i opozycji, zamiast do krwawego scenariusza, pisanego gdzieś na północny-wschód od Kijowa. Ukraińcy mają bowiem ogromną zdolność znajdowania kompromisu w sytuacji, gdy już wszyscy na Zachodzie trzasnęliby drzwiami.

 Wnioski, które obydwie strony być może wyciągną z obecnych manewrów powinny dać nam nadzieję na to, że w 2015 roku, po wyborach prezydenckich, na Ukrainie nie dojdzie do krwawej jatki.

 

Europejczycy i stado dwunogów

Na koniec kilka słów o zwykłych Ukraińcach: podziwiam tych ludzi. Tak, na Majdanie widać frustrację, widać złość, ale widać też świetną organizację i poczucie humoru. Pamiętam poranek po nocy z wtorku na środek, gdy na scenie modlili się księża, na barykady szli mężczyźni, a kobiety roznosiły herbatę i kanapki. Wszystko to przypominało średniowieczne miasto, które przygotowuje się do kolejnego dnia oblężenia.

 W tych ludziach widać determinację: nie chcą żyć w posowieckim sraczu, a w normalnym państwie.

Po pomarańczowej rewolucji wiele mówiło się o tym, że politycy, którzy dzięki niej doszli do władzy, zawiedli nadzieje ludzi. Teraz ludzie już na nich nie liczą. Liczą przede wszystkim na siebie, a politycy mają pełnić służebną wobec narodu rolę. I to jest jest najważniejsza zmiana, mentalna, w porównaniu do myślenia sowieckiego: sami musimy wziąć sprawy w swoje ręce. Być może ci ludzie są już w Europie i nie podpisując umowy stowarzyszeniowej z Brukselą Wiktor Janukowycz przyspieszył tylko proces europeizacji społeczeństwa. Zresztą, co tu dużo mówić, obecny prezydent swoimi antydemokratycznymi działaniami zrobił chyba więcej dla umocnienia ukraińskiej demokracji niż poprzednie władze w osobie Wiktora Juszczenki i Julii Tymoszenko, którzy zrobili wszystko, aby ten system skompromitować.

 Manewry pokazały jednak też, że bardzo duża część społeczeństwa, głównie ze wschodu i południa kraju, jest bierna i posłuszna swoim liderom. O ile na placu Niepodległości widać klasę średnią z Kijowa i prowincji, o tyle na mitingi Partii Regionów zwożona jest biedota, proletariat. To właśnie na nich może postawić w wyborach w 2015 roku Wiktor Janukowycz. I tylko na nich może liczyć: pracowników sfery budżetowej i ogromnych zakładów należących do prorosyjskich biznesmenów. Szef państwa zmarnował jeszcze jedną szansę: ta masa mogła stać się proeuropejska ponieważ taką decyzję podjął ich lider. Lider jednak zmienił zdanie i stado poszło za nim w przeciwnym kierunku.

 

Piotr Pogorzelski jest korespondentem Polskiego Radia w Kijowie, autor książki „Barszcz ukraiński”, która ukazała się jesienią nakładem wydawnictwa Helion.

 


Powrót
Najnowsze

Szczyt potrzebny jego uczestnikom

10.12.2019
Andrzej Szeptycki
Czytaj dalej

Armenia: Serż Sarkisjan trafi do aresztu?

09.12.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Koń trojański? Zwrócenie ukraińskich okrętów

09.12.2019
Marek Bogdan Kozubel
Czytaj dalej

Warszawa: Litwini na Syberii. Wspomnienia Dalii Grinkevičiūtė

06.12.2019
NEW
Czytaj dalej

Macron i Europa Środkowa, czyli samotność liberałów

05.12.2019
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

Rumunia. Wybory, których ostateczny wynik poznamy za rok

04.12.2019
Michał Torz
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu